To, że tak długo nic tu nie pisałem, mogło oznaczać, że albo umarłem, albo przestałem grać (co, na dobrą sprawę, nie różniłoby się zbytnio od tej pierwszej opcji). Jednak żyję, gram i mam się świetnie. Ostatnio np. w Assassin's Creed Odyssey. I nim nastąpią żarty odnośnie dobrego się mania, parę zwierzeń.
Moja historia z assassinami jest mniej więcej taka: jedynka zawiodła oczekiwania, ale dwójka już dostarczyła to, co poprzedniczka tylko obiecywała i z całą trylogią Ezio bawiłem się świetnie, nawet jeśli w kolejnych częściach dawało się odczuć zmęczenie materiału. Potem była trójka, która po rewelacyjnym prologu (ach, Haytham Kenway) przyniosła jedynie rozczarowanie, zatem rzuciłem ją w diabły po kilku godzinach i nabawiłem się takiego zniechęcenia, że do następnych części podchodziłem niczym lis do jeża i po paru misjach odtrącałem z prezesowskim absmakiem. Tak, obraziłem się na serię, obiecałem więcej nie tykać patykiem, no ale nagle nastała Odyseja i... okazało się że jest bardzo dobrze.
Nie będę oceniał zmian, bo nie śledziłem ich zbyt uważnie przez ostatnie odsłony, być może to, co odbieram jako nowości, już od pewnego czasu jest w serii obecne, ale widzę że gra mocno ewoluowała. To już nie jest zabawa w bieganie po dachach i krycie się w zaułkach. Tej części znacznie bliżej do Skyrima - otwarty świat, ogromne przestrzenie, obozowiska bandytów, czające się w pieczarach dzikie zwierzęta, ukryte skarby, prawdziwa męska przygoda. Mechanika też jest całkiem erpegowa - poziomy, rozwój, ekwipunek - niezbyt skomplikowane, ale całkiem przyjemne. Nie jest to poziom Soulsów, ale Wiedźmina, moim zdaniem, przerasta. A i fabularnie daje radę, jest trochę ciekawych postaci, interesujących wątków. No i wspaniała, oszałamiająca starożytna Grecja ze swoją przyrodą, krajobrazami i architekturą. A warto zauważyć, że twórcy nie ulegli pruderii i nie próbowali cenzurować rzeźb niepotrzebnymi listkami. Taka ciekawostka.
Nie wiem czy to wszystko oznacza, że pogodziłem się z serią, czy może po prostu mam nauczkę, aby nie wracać do niej zbyt często. Opuszczenie paru części tylko mi posłużyło, bo zamiast znudzenia, na nowo odczułem powiew świeżości i bawię się bardzo dobrze.
Niedawno skończyłem tę poruszającą grę o tym jak ojciec z synem ruszają w podróż przez Skandynawię aby wypełnić ostatnią wolę zmarłej żony i matki.
Bardziej niż poprzedniczki, gra przypomina miks Tomb Raidera, Uncharted i Darksiders (tego pojawiło się tu naprawdę sporo). Są to zmiany na plus i gra się bardzo przyjemnie, nawiązania do mitologii nordyckiej są ciekawe, walka jest całkiem satysfakcjonująca, a oprawa graficzna i dźwiękowa niezwykle piękna. Końcówka wskazuje na zbliżającą się kontynuację i mam nadzieję, że nie będę musiał długo na nią czekać. A do tego czasu poczytam sobie "Mitologię nordycką" Gaimana, bo temat ponownie mnie zainteresował (pierwszy raz było przy okazji Thorgali, a drugi przy okazji Thora z Avengers).
A, dam wpis nim zapomnę. W skrócie: grałem, skończyłem i się podobało. Chyba nawet bardzo. Gra polega na tym, że biegamy panią w stroju pokojówki, której towarzyszy chłopiec w szkolnym mundurku i przy pomocy wielkiego miecza ciachamy roboty. Sami będąc androidem (czy raczej androidami). Akcja toczy się bowiem stulecia po tym, gdy ludzkość opuściła Ziemię i pozostały tu tylko bojowe androidy broniące jej przed inwazją maszyn kosmitów. Gameplay nie jest szczególnie wyrafinowany i nie on jest główną atrakcją gry. W ogóle ta główna atrakcja pojawia się dość późno, ale gdy już się pojawia, robi się naprawdę fajnie. Struktura gry jest nietypowa - pierwsze przejście nie odsłania zbyt wiele tła, choć już ostatnie rozdziały pokazują, że jest tam coś ciekawego. Drugie przejście to te same wydarzenia, ale z perspektywy innej postaci. Trzecie - to pełnoprawna kontynuacja akcji i solidne, sycące zakończenie.
Grafika nie jest powalająca, ale to pewnie wynika z niewielkiego budżetu. Tereny są dość puste i powtarzalne, dobrze, że przynajmniej jest płynnie i gra nie przycina, animacje też są w porządku. Muzyka to rewelacja, dużo wokalu, niekiedy aż za mocno japoński (choć śpiewany nie po japońsku tylko w jakimś dziwnym, zmyślonym języku), ale kilka motywów bardzo dobrze robi. Genialny jest świat przedstawiony - cały motyw androidów, robotów, ich filozoficznych przemyśleń na temat ludzkości, człowieczeństwa, świadomości, wydał mi się mocno lemowski. Mamy tu androidy i roboty próbujące zachowywać się jak ludzie, pielęgnujące pamięć po ludziach, rozważające co to znaczy być człowiekiem i tak dalej. Warto było zagrać dla samych tych kwestii wypowiadanych niekiedy mimochodem przez postaci poboczne lub pojawiających się w przerywnikach. To jedna z tych gier, które nie wypadną za szybko z głowy po zagraniu, jeszcze przez jakiś czas na pewno będę wracać do niej myślami, a kto wie, być może coś zostanie na dłużej. Było warto
Jakoś nie pamiętałem o zrzucaniu screenów czy robieniu nagrań, zatem grafika znaleziona w internetach. Zaś podsumowując: polecam!
Skończyłem. Dawno nic tu nie pisałem (choć grałem, grałem, nawet poczytać coś się zdrzyło lub obejrzeć to i owo), ale to dobra okazja by znów zacząć. Gra jest rewelacyjna, mocno polecam. Nie będę jej tu opisywać, ani zdawać relacji z fabuły, ale parę słów się należy: jest świetna. Cudowna relacja z Trico, no i to co uwielbiam: eksploracja. Wspaniałe, monumentalne ruiny, Soulsy by się takich nie powstydziły. Gameplay może nie bardzo gruby, ale było go w sam raz by wypełnić grę, nawet cieszę się że nie było go więcej (jeszcze tylko by brakowało wciskać tu crafting lub questy poboczne). Zagadek tyle co w klasycznych tombach czy prince of persia - tu przesunąć skrzynkę, tam przełożyć dźwignię, poszukać drogi dalej, nic wielkiego ale skłaniało by się rozglądać. W grze było też zaskakująco dużo fabuły, nie spodziewałem się - właściwie wszystko jest ładnie wyjaśnione i cała gra pięknie się zamyka.
Słyszałem stękania niektórych graczy na zachowanie zwierzaka, ale mój Trico był bardzo posłuszny, w ogóle nie rozumiem tych narzekań. Kamera? Jak to w TPP, potrafiła poszaleć przy ścianach, ale bez tragedii. Klatkowanie? Owszem było, zwłaszcza w samej końcówce, ale że to nie gra akcji w rodzaju Dooma, nie wpływało to fatalnie na rozgrywkę. A że jestem dość odporny na techniczne braki gier, w ogóle mi to nie przeszkadzało. Wbijać trofików nie zamierzam, bo to gra do delektowania się i rozkoszowania fabułą i relacją z pierzastym kocurem, powtarzanie w kółko jakiegoś momentu by wpadł głupi pucharek tylko popsułoby pozytywne wrażenie, z którym wolę pozostać.
Ale zacznę od narzekań - grafika szału nie robi, glicze potrafią dogryźć, ekrany ładowania to prawdziwy koszmar (zdążyłem już na nich przeczytać parę komiksów), a fabuła to kompletna bzdura (czyli giereczkowy standard, sam nie wiem po co ją dali, wolałbym minimalizm pozwalający samemu zgadywać o co chodzi, zamiast napuszonych gadek w bazie). Cała reszta jest super.
Gra się bardzo przyjemnie. Podobają mi się nowe moce postaci (zwłaszcza łowca, który potrafi ciachać mieczem i przy zwiększonej mobilności biegać od przeciwnika do przeciwnika), różnorodność broni, dodatkowego wyposażenia, przeciwników, to co dzieje się na misjach no i w ogóle fajnie się gra, bo to przecież UFO.
Element strategiczny wydaje się przystępny - latamy stateczkiem po globusie od ikonki do ikonki, nawiązujemy kontakt z sąsiednimi obszarami, czasem zbieramy zasoby, czasem niszczymy obcą bazę lub odpieramy ataki - i jakoś nas to ciągnie od misji do misji. Poza tym rozbudowa bazy, odkrycia, produkcja - standard. Na niektórych misjach dostajemy drobne urozmaicenie - na początku drużyna jest ukryta i niewidoczna dla przeciwnika - do czasu, aż się nie zdradzi (przeważnie strzałem).
Wyszła w podobnym czasie co Battleborn i z podobnym selling pointem - fefnaściesiąt różnorodnych postaci z extra mocami walczy na arenach w fpp. Różnica jest taka, że tamto jest mobą, a to blizzardowym team fortressem. Jest tu wyłącznie pvp (choć pve ma się pojawić w zapowiadanym updacie).
Gra jest świetna, postaci są bardzo charakterystyczne, moce przystępne i fajne, strzelanie daje radę, mecze wymagają współpracy drużyny i kombinowania różnymi postaciami. Czuć też z każdego kąta ogromne dopracowanie - czy to w wyglądzie map, w ruchach postaci, każdym drobnym szczególe. Kontakt z grą jest bardzo przyjemny.
Dlaczego nie gram? Nie jestem graczem pvp, więc pobawiłem się przez kilka meczyków i mi się znudziło. Nie ma tu żadnego rozwoju postaci, ani fabuły do śledzenia, tylko granie, granie i granie ciągle w te same mecze (tak, jasne, każdy mecz jest inny, a tygodniowe eventy i darmowe updaty ciągle coś zmieniają, ale jednak). Mam z tym gatunkiem podobny problem co ze ścigałkami - mogę przejechać parę okrążeń, ale nie widzę potrzeby orania wyścigu za wyścigiem, gdy nie czuję by dokądkolwiek to prowadziło. Ale sama gra jest ok.
Gra jest słaba, nie polecam. No, i to by było na tyle.
Albo nie, napiszę coś więcej. Po grze nie miałem jakichś szczególnie wielkich oczekiwań, bo zapowiedzi nie wyglądały wystrzałowo, ale po cichu liczyłem na niezłą zabawę w coopie offline (split screen w dzisiejszych czasach to rzadkość). No i po twórcach rewelacyjnych Borderlands spodziewałem się nieco więcej.
Gra jest niby-mobą w fpp - mamy kilkanaście różniących się mocami postaci, rozwój w trakcie misji, jakieś zadania, fale wrogów, etc. Można z tego sklecić coś fajnego, ale im się nie udało. Strzelanie nie jest fajne, wrogowie głupi, a sama gra męcząca i nudna, w dodatku kuleje technicznie i zwyczajnie nie ma dopracowania którego można by oczekiwać po produkcjach AAA. Niby wiele z tego było też bolączkami Borderków, ale tam było świetne zbieractwo broni rodem z diablo, ciekawsze moce, fajny humor i dająca radę fabuła. Tutaj tego nie ma w ogóle, zostało niefajne strzelanie i długaśne oczekiwanie na serwer. Nawet nie mam ochoty jej kończyć.
Może warto napisać też słowo lub dwa o grze w jaką grałem, grałem, grałem, aż ukończyłem. A potem grałem jeszcze trochę i trochę, i trochę, aż nabiłem 100% i zdobyłem komplet trofików. Zawsze lubiliśmy się z serią Lego, więc i w te pograłem z przyjemnością. Choć nie mogę powiedzieć, aby było to zbyt dobre Lego. Za bardzo przypominało Władcę Pierścieni - wiele tych samych pomysłów, rozwiązań, podobne zadania (z czego sporo nudnych). Ale i tak dość przyjemnie się pykało. Z minusów - rozleniwiła mnie ta gra i po niej nie mam ochoty na nic cięższego, czy trudniejszego.
Formuła jest identyczna jak we Władcy - chodzimy po mapie Śródziemia i robimy poszczególne misje fabularne, które odsłaniają stopniowo rozsiane poboczne zadania, klocki, przedmioty czy postacie. Fabuła oparta jest na dwóch pierwszych częściach Hobbita (a na trzeciej nie, bo tak; zdaje się miało być jakieś DLC, ale ostatecznie nie wyszło). Najwięcej zamieszania początkowo miałem z krasnoludami - każdy z drużyny Thorina dostał jakąś specyficzną zdolność (a to bujanie się na kiścieniu, a to kopanie w ziemi, a to przesuwanie młotem skalnych bloków), ale trochę potrwało nim zacząłem odróżniać Bombura od Bofura a Dwalina od Balina. Najnudniejszą nowością było układanie budowli z kloców - to, że w trakcie trzeba było wskazywać odpowiedni klocek, wcale nie sprawiało że stawało się to ciekawsze. Natomioast najtrudniejsze zadanie - bieg na przełaj przez Rivendell. Podchodziłem kilka razy, bo ciągle gdzieś się zaplątałem lub spadałem z dachu (ach, to sterowanie).
Niedawno zacząłem, a przed chwilą ukończyłem Dooma. Czyli najnowszą odsłonę serii id Software. Znakomita gra. Okazała się lepsza, niż oczekiwałem. Liczyłem na w miarę przyjemną strzelankę, a dostałem objawienie niczym Soulsy - w dobie korytarzyków, kucanek za murkiem i nowoczesnych shooterów na szynach oto powiew oldschoolu sprytnie wymieszanego z nowoczensymi rozwiązaniami (glory kille, modyfikacje broni, ulepszenia pancerza, etc.). Świetne połączenie szybkiej, dynamicznej akcji (w sekwencjach walki nie sposób zatrzymać się choćby na moment, szybkość i przemieszczanie się to podstawa) z eksploracją i węszeniem za secretami (a tych nie brakuje). Nie mam nawet do czego się przyczepić - może tylko trochę do fabuły (której mogłoby w ogóle nie być, a grałoby się równie przyjemnie). No i grafika nie jest jakaś powalająca (ale spełnia swoją rolę, a gra jest niesamowicie płynna, co ma duży wpływ na jej odbiór). Grę bardzo polecam, a sam czekam na kontynuację.
Nie nagrałem żadnego filmiku z gry, zrobiłem parę screenów, ale bez przeciwników, bo gdy się pojawiali, nie było na to czasu. Dlatego wrzucam tylko jednego.
Skończyłem Dark Souls III. Podsumowanie będzie bardzo krótkie - gra jest świetna. Podobna do poprzedniczek, ale to nie wada, bo grało się bardzo przyjemnie. Największa zaleta - mega satysfakcja z ukończenia. Walki z bosami (zwłaszcza ostatnimi) były wymagające - bez cierpliwości, samozaparcia i uczenia się ich ruchów na kolejnych zgonach się nie obeszło. Poprzednie części wypadały tu słabiej, żadna inna końcówka nie wydawała się tak dopięta aż do samego finału. A poniżej seria nagrań walk z szefkami. Najpierw sam początek i tutorialowy boss:
Drugim bossem był niejaki Vordt, ale go nie nagrałem. W każdym razie nie był zbyt trudny (choć parę razy mnie ubił). Następny to wielkie drzewo - dość proste, padł przy drugim podejściu.
W lesie ukrzyżowanych trafiłem na krzyształowego mędrca - też raczej prostego bossa, ale skoro nagrałem, to wrzucam:
Pierwszy naprawdę wymagający przeciwnik to Stróże Otchłani. Już pierwsza faza potrafiła mnie kilka razy powalić, a co dopiero druga.
Za stróżami były krypty, w których gnieździł się kolejny szefek. Duży i widowiskowy, ale nie był przesadnie trudny, jakoś ładnie udało mi się go zniszczyć, może dzięki temu, że nie dałem mu zbyt wiele czasu na uruchomienie wszystkich niespodzianek, jakie na mnie szykował.
Stary Król Demonów to poboczny boss - wyglądał groźnie, ale dał się ładnie wykończyć.
Za kryształowym mędrcem była katedra Otchłani, gdzie szefowała grupa biskupów - raczej prosty i niegroźny przeciwnik, mimo przewagi liczebnej.
Za Wolnirem droga prowadziła do zimowego miasta, skąd dało się dotrzeć do lochów, a następnie zbezczeszczonej stolicy. Tam czekał na mnie gigant Yhorm. Dziwny przeciwnik, bo do jego pokonania niezbędna była specjalna broń (podobny patent co w Demon's Souls) - na szczęście enpec miał taką przy sobie i dzielnie mnie wspomógł.
To pierwszy z tych naprawdę trudnych przeciwników, przy których sporo się namęczyłem. Specjalnie dla niego musiałem nauczyć się ripost, bo nie potrafiłem znaleźć na niego innego sposobu. Szybki, silne ataki, duży zasięg, skomplikowany moveset. Na szczęście jego druga forma, gdzie przyzywa swój cień, okazała się prostsza od pierwszej. Niełatwa, ale bardzo przyjemna walka.
Z kolei ten przeciwnik raczej nie przyspożył mi wielu kłopotów. Dość wolny i pasywny - wystarczył obiegać za nim i tłuc ile wlezie. Jedynie jego atak z deszczem strzał był naprawdę niebezpieczny.
Tancerka imponowała zasięgiem, ale miała dość wolne i łatwe do przewidzenia ruchy, dlatego nie stanowiła specjalnego wyzwania.
Wamku Lothric broniła zbroja zabójcy smoków. Silna, ale niezbyt skomplikowana do rozgryzienia.
Oceiros to kolejny z opcjonalnych bossów. Bronił drogi do ukrytej lokacji. Nie był łatwy, musiałem się z nim trochę namęczyć i nauczyć jego zachowania. Jego szaleństwa w drugiej fazie napsuły mi nieco krwi.
Lothrici Lorian to niełatwi, wymagający przeciwnicy. Na początku wydawali się wręcz niesamowicie trudni i nieźle się przy nich napociłem. Ale gdy wreszcie poznałem ich wszystkie ruchy, zachowania i sposoby, okazali się całkiem przystępni i grzecznie ulegli memu mieczowi. Bardzo satysfakcjonująca walka.
Gundyr to przeciwnik z pobocznej lokacji - pierwotna forma tutorialowego bossa. Ale dużo groźniejszy. Przez długi czas odbijałem się od niego jak od ściany (i wciąż uważam go za bardzo trudnego). Mocno bił, miał duży zasięg, szybkie i złożone ataki, był agresywny, dużo się przemieszczał, nie zostawiał dużo czasu na leczenie (ani wyprowadzanie ataków). A druga forma była jeszcze gorsza pod niemal każdym względem. Dopiero cierpliwe nauczenie się ripost pozwoliło mi go pokonać.
A to inny z opcjonalnych przeciwników, z innej opcjonalnej lokacji. Uchodzi za najtrudniejszego bossa w grze, choć mnie nie wydał się gorszy od paru innych, z którymi miałem do czynienia. W pierwszej fazie dosiada pierzastego smoka i to chyba ta jego gorsza forma, choć gdy nauczyłem się z której strony do niego podchodzić i jak daleko się trzymać, chaos walki znikł i dał się w miarę grzecznie pokroić. W fazie drugiej ma kilka bardzo niebezpiecznych ataków, ale na szczęście da się ich uniknąć czy inaczej przed nimi wybronić, jest też na tyle miły, że zostawia dość czasu na leczenie.
No i wreszcie końcowy boss, ostateczny przeciwnik. Bardzo trudny i ciekawy. Oczywiście (standardowo) mocno bił i wymagał mocnego bicia, ale jego głównym atutem była różnorodność - w pierwszej fazie przyjmował na zmianę jedną z czterech form, a każda miała inny moveset. W fazie drugiej miał tylko jedną formę, ale jego zasięgowe ataki i niebezpieczne komba potrafiły dać w kość. Trudna walka, wiele razy do niej podchodziłem, ale gdy w końcu go pokonałem - niesamowita satysfakcja.
Jak widać całą grę biegalem w szmatach i przez większość czasu z tym samym mieczykiem. Było to po częście takie moje mini-wyzwanie, a po części po prostu lepiej się tak czułem - niskie obciążenie pozwalało mi na szybsze ruchy (zwłaszcza uniki), mieczyk bił bardzo solidnie, a przede wszystkim szybko. Poza tym w rozwoju tym razem nie postawiłem na specjalizację, ale raczej rozwinąłem się wielokierunkowo, by popróbować różnych rzeczy (w tym czarów różnych szkół). Ostatecznie z wielu z tych rzeczy nie skorzystałem, ale bawiłem się dobrze. :)
Kolejy rodzynek ukończony w tym roku, o którym nie wspomniałem - The Witness.
Bardzo atrakcyjna wizualnie gra indie.
Która okazuje się być... łamigłówką.
Owszem, wędrujemy po bardzo kolorowym świecie, ale głównie po to, by znajdować panele, na których musimy potem mazać różne szlaczki wg mniej czy bardziej pogmatwanych reguł.
Pod względem logicznym gra bardzo spoko - są plansze trudniejsze, są latwiejsze, a jest i kilka naprawdę mocno zakręconych i fajnych, wszystko poznajemy stopniowo, a reguły nie są podawane na tacy (w postaci opisów), lecz sami musimy je odgadnąć zaczynając od prostszych paneli i stopniowo przechodząc do bardziej złożonych.
Sama otoczka jest nijaka, świat może i ładny, ale pusty i martwy, nie ma w nim nic do zrobienia poza łażeniem od panelu do panelu (choć to nie do końca prawda, otoczenie bywa potrzebne do rozwiązania danej zagadki, więc to nie tak, że mogłoby go całkiem nie być), nie ma żadnej fabuły, żadnego sensu nadanego naszym działaniom, jest kilka nadętych filmików nie związanych z grą i tyle. Autor to jakiś wyjątkowo pretensjonalny bufon.
Filozoficzna gra logiczna (wg deklaracji tworców) od chorwackiego indie developera Croteam (tworców Serious Sama). Jesteśmy mechanicznym ludkiem w ogrodzie Elohima (cały ogród jest dla nas, nie możemy jedynie odwiedzać pewniej wieży, nie wiem skąd wzieli ten pomysł), gdzie przy pomocy laserów, przełącznikow i innych cudow techniki przedostajemy się przez kolejne pokoje łamigłówek i zbieramy kolorowe sigile. W przerwach możemy pomyszkować w komputerach, skąd dowiemy się nieco o tle i historii, jak będziemy uważni i cierpliwi, rozwinie się to niemal w osobną grę.
Bardzo, bardzo przyjemna i godna polecenia gra. Zamysłem przypomina Portal - zagadki wymagają manipulowania otoczeniem, ustawiania i używania urządzeń oraz przedostawania się w zamknięte obszary.
Nie ma tu jednak portalowego humoru czy towarzyszącej nam ciągle fabuły. Tej musimy doszukiwać się w terminalach komputerowych (ale warto to zrobić, bo jest ona niezwykle smaczna i satysfakcjonująca, choć podana niezbyt atrakcyjnie).
Zagadki są rewelacyjne - te pierwsze, to jeszcze nic, ale im dalej, tym bardziej trzeba wysilać umysł. Zwłaszcza zbieranie gwiazdek wymaga cudownego kombinowania, gdy trzeba z rozwiązaniem wykraczać poza level i kombinować dookoła.
Z przyjemnością skończyłem zarówno grę, jak i dodatek (który w wersji PS4 jest dołączany gratis do podstawki).
To jedna z gierkolejna gra, jaką skońcyzłem w tym roku. Można powiedzieć: nareszcie. Nareszcie zdjąłem tę legendę ze swej kupki wstydu. Gra świetna, choć Grim Fandango było lepsze. No ale ta jest ładniej odświeżona. Czas dobrze służy takiemu stylowi, wystarczyło odmalować sprajty i od razu gierka wygląda ślicznie i nowocześnie. I nawet nie jest specjalnie zabugowana (nie licząc koszmarnie długiego sejwowania, ale to skutek zapisywania save w chmurze).
Scenariusz jest zakręcony nie mniej niż styl graficzny - zmutowana macka z laboratorium doktora Freda Edisona pije toksyczne odpady i mutuje jeszcze bardziej, wyrastają jej ramiona i postanawia zapanować nad światem. Aby ją powstrzymać, doktor chce przy użyciu wehikułu czasu wysłać dzień wstecz trójkę naszych bohaterów, aby wyłączyli generator odpadów. Niestety, zasilający wehikuł sztuczny diament rozpada się i Hoagie przenosi się 200 lat w przeszłość, Laverne 200 lat w przyszłość, a Bernard zostaje na miejscu. Nasze zadanie to pokierować poczynaniami całej trójki i uruchomić wehikuły, a następnie powstrzymać szaloną mackę.
Gra jest nieco oldschoolowa, już na początku zostajemy rzuceni w mnóstwo lokacji wypełnionych masą przedmiotów, więc można w tym utonąć. Straszą też czasowniki "pull", "push", "use", "give", etc. Przez większość czasu tylko straszą, bo się nie przydają (wystarcza nam używanie i oglądanie), ale czasem okazują się potrzebne. Zagadki w większości są logiczne i rozsądne, ale zdarzyło mi się parę miejsc, przy których musiałem mocniej się napocić. Bardzo przyjemne jest natomiast to, że większość zagadek mozemy rozwiązywać nieliniowo, w dowolnej kolejności. A więc jest się czym zająć, gdy się nad czymś głowimy.
Podsumowując: bardzo przyjemna, satysfakcjonująca gra, Tim odwala dobrą robotę, tyko niech nie zapomina o tworzeniu nowych giereczek w przerwach od restaurowania staroci.
Dzień dobry, witam po dłuuugiej przerwie. Coś straciłem zapał do regularnych aktualizacji, pewnie to wynik zbytniego chcenia - gdybym chciał umieszczać tu krótkie, treściwe wpisy "dziś grałem, dobranoc", udawałoby mi się być na bieżąco. Ale chciałem wpisywać krotkie opisy, opinie i umieszczać foty - a to zajmuje czas i bywa marudne (zwłaszcza zgrywanie screenów z PS4 - dlaczego nie ma jakiegoś automatu, który wrzucałby je od razu do chmury?).
A skończyłem ostanio parę gier. Np. Tales from the Borderlands od Telltale Games. Dzieje się w świeci Borderlands, co oznacza sporą dawkę zwariowanego humoru i przesadzonej brutalności. Akcja ma miejsce po wydarzeniach z dwójki (a więc śmierci Jacka), a kierujemy poczynaniami pary bohaterów - pracownika Hyperionu oraz mieszkanki Pandory - którzy trafiają na ślad Vaulta. Pojawia się nieco postaci znanych z gry i sporo jej charakterystycznych elementów. Pod względem fabuł i postaci bardzo przyjemna, natomiast gameplayowo - no cóż, tego nie ma tu zbyt wiele. To nie jest nawet "przygodówka light", bo jedyne co w niej trzeba robić to od czasu do czasu kiwnąć gałką lub wcisnąć przycisk. Ogląda się to jak serial, ale taki już styl tej serii.
Wróciłem do Dark Souls 2, aby ograć dodatki. Trzy nowe świat do zwiedzenia, w których możemy odnaleźć nowych wrogów, zagrożenia, skarby i fragmenty potężnego artefaktu.
Niestety, dziwna konstrukcja gry wymaga przejścia całkiem sporego kawałka głównej fabuły, nim zostaniemy wpuszczeni do dodatkowych lokacji. Ale gra się przyjemnie, więc wciągnąłem się do gry na nowo.
Poprzednio grałem postacią, dla ktorej podstawą była walka wręcz, tym razem postanowiłem skupić się na magii. Szkoła uroków okazała się najpotężniejsza i bardzo skuteczna w niszczeniu większości przeciwników.
Remake klasycznej gry z bardzo dawmych lat. Podstawowe założenia gameplayu zostały zachowane - przemierzmy kolejne poziomy lochów, pokonujemy napływające zewsząd hordy potwory. Do dyspozycji mamy kilka różniących się mozliwościami postaci.
Jest tu obecny element rozwoju (za zdobyte złoto możemy kupować nową broń), ale nie w stylu erpegowym - nasz bohater nie staje się automatycznie mocniejszy awansując na levele, Nowe bronie maja swoje specjalne ataki, które niekiedy mogą okazać się lepsze, ale nie a zasadzie automatycznie większych obrażeń - ich wykorzystanie należy do nas. Dużym plusem gry jest przyjemny kanapowy co-op.
Prosty, dwugodzinny samograj pozbawiony większego gameplayu czy fabuły, ale mogę go chyba skategoryzować jako grę?
Samotna postać przemierza pustynię, wkrótce dołącza się go niego (albo i nie) tajemniczy towarzysz (którym jest inny gracz, grający w tym samym czasie w grę).
Wspólnie pokonują drogą wiodącą przez rozmaite, malownicze scenerie.
Nie ma tu specjalnych zagadek (choć parę razy trzeba odblokować drogę dalej), jest parę zagrożeń (których trzeba unikać, walczyć się nie da). Taka ciekawostka, nastawiona raczej na klimat i przeżycia niż opowieść czy wyzwania.
W trzeciego Wiedźmina zacząłem grać już niezły kawał czasu temu (ile już minęło od premiery? pół roku?), ale to był krótki, urwany kontakt, po czym wróciłem do innych gier. Teraz zabrałem się za niego ponownie.
Gra ma otwartą strukturę typowego sandboksa - możemy do woli wędrować po świecie (no, nie do końca, bo nie wszystkie lokacje są odstępne od zaraz), wykonywać misje, z których część pchnie naprzód fabułę, a część to tylko poboczne urozmaicacze.
Bardzo spodobało mi się w grze podejście do zadań i fabuły - nawet najprostsze zlecenie na potwora kryje w sobie kawałek fabularnej otoczki sprzedawanej w postaci filmików. Bo a to Geralt musi zbadać ślady, a to czegoś poszukać, a to poznać hisotrię miejsca lub osoby - bardzo to wszystko fajne i ładnie buduje więź ze światem i zdarzeniami.
To, co odrzuciło mnie przy pierwszym kontakcie (i nadal do siebie nie przekonuje), to niepotrzebnie przekombinowane systemy rzemiosła, alchemii, mało inspirujący system rozwoju postaci - drętwe, nieciekawe mechanizmy, przeładowane opcjami i materiałami, które nic sensownego nie dają. Wygląda to jak jakieś skostniałe pamiątki po erpegach z lat 90. Niefajne.
Opowieść zaczyna sie w Kaer Morhen, gdzie wiedźmini trenują Ciri. Jednak to tylko wspomnienie, nadciąga Dziki Gon, wszystko się rozmywa, a akcja przenosi się naprzód.
Geralt w poszukiwaniu Yennefer dociera do Białego Sadu. Aby pozyskać pomoc dowódcy nilfgardzkiego garnizonu, przyjmuje zlecenie na gryfa. Poza tym oczywiście szwenda się tu czy ówdzie w poszukiwaniu zadań pobocznych.
Skończyłem kolejną grę, o ktorej nic nie pisałem. Broken Age - bardzo przyjemną i sympatyczną przygodówkę o nienachalnym humorze.
Wcielamy się w niej dwoje bohaterów, których losy toczą się jednak zupełnie osobno (możemy się między nimi przełączać).
Jednym nich jest chłopiec o imieniu Shay, który podróżuje samotnie swym statkiem kosmicznym w nieznanym celu. Jego codzienność wypełniają zabawy w bohatera, przynajmniej dopóki nie spotka tajemniczego nieznajomego.
Dziewczynka Vella pochodzi z wioski piekarzy i ma być wkrótce złożona w ofierze strasznemu potworowi, który przybywa tu co kilkanaście lat. Nie jest jednak pogodzona ze swoim losem i zamierza uciec i pokonać bestię.
Gra została podzielona na dwa akty (które zostały wydane w pewnym odstępie czasu). Pierwszy akt wydaje się dość "lajtowy", ma raczej proste zagadki i płynie się przez niego swobodnie. W akcie drugim pojawia się już więcej złożonych łamigłówek i nad niektórymi trzeba nieco posiedzieć.
Gra jest satysfakcjonująca, świat interesujący, postacie sympatyczne, fabuła w drugiej częście ładnie się rozwija i łączy oba wątki. Świetny tytuł od Tima Schafera. Dobry powrót do mojego ulubionego gatunku.
Kolejna gra, do której nie umieszczałem regularnych wpisów, mimo iż od jakiegoś czasu w nią grałem. No trudno, zatem krótkie podsumowanie.
Tym razem starość - klasyk sprzed kilkunastu lat - gra często wymieniana jako jedna z najlepszych gier przygodowych, dzieło Tima Schafera i LucasArts. Grim Fandango.
W wersji odświeżonej, choć to odświeżenie nie rzuca się zbytnio w oczy - poprawiono rendering postaci i sterowanie, ale tła i filmiki pozostały niezmienione. Ale najważniejsze, że grę da się bez problemu odpalić na nowych sprzętach, bo wcześniej nie było to takie oczywiste.
Dawno, dawno temu próbowałem się do niej zabierać, ale z jakiś błahych powodów odłożyłem na później, no i okazało się, że to później nastąpiło dopiero teraz. I nie żałuję tego powrotu, bo gra jest naprawdę rewelacyjna. Fabuła, postacie, muzyka, genialny klimat - wszystko pierwsza klasa.
Rzecz dzieje się w Świecie Umarłych, a naszym bohaterem jest Manny Calavera - agent turystyczny, sprzedający świeżo zmarłym bilety na ostatnią podróż. Niestety, wciąż dostaje słabych klientów, którzy nie prowadzili dość dobrego życia, by było ich stać na coś więcej niż kijek na drogę. Gdy postanawia temu zaradzić i postarać się o jakiś naprawdę dobry kontrakt, trafia na ślad kryminalnej zagadki - ktoś kradnie należne zmarłym bilety na luksusowy ekspres Number Nine. Podążenie tym tropem oznacza początek wielkiej (i niebezpiecznej) przygody.