piątek, 30 grudnia 2011

The Legend of Zelda: Skyward Sword

Badanie wydobytego z przeszłości okrętu wymaga manipulacji czasem przy pomocy umieszczonego na maszcie kryształu. Z pewnością pomoże w tym odnaleziony przez Linka łuk. Przedtem jednak trzeba stoczyć na bukszprycie pojedynek ze szkieletowym przywódcą piratów.
Głównym zadaniem na statku jest uwolnienie uwięzionych członków załogi (robocików), co wymaga aktywowania dwóch generatorów. Otwiera to drogę na dolnym pokładzie, którą mogą umknąć. W podzięce oddają Linkowi klucz do kajuty kapitana, gdzie znajduje się klucz otwierający drzwi, za którymi ukryto święty płomień.
Nim jednak zdoła go ujrzeć, statek atakuje morski potwór. Jego macki przebijają poszycie, rujnując i topiąc okręt. Link ucieka na pokład, gdzie toczy walkę z maszkarą. Odrąbuje jej macki, ostrzeliwuje z łuku jedyne oko i wreszcie wygrywa. Błękitny płomień nasyca miecz swą mocą, zaś na dłoni Linka rozbłyskuje kolejny element triforce'a. Po wskazówki gdzie znajduje się trzeci i ostatni płomień należy wrócić na Wyspę Pieśni.

czwartek, 29 grudnia 2011

Demon's Souls

Ok, gra skończona. False King padł, myślałem że potem będą jeszcze jakieś wyzwania, ale mimo usilnych prób nie udało mi się stanąć tak by ostatni "przeciwnik" mnie zahaczył swym atakiem. Wybrałem "złe" rozwiązanie, bo Andrzej wybrał dobre. Nie czesałem już wszystkiego we wszystkich krainach, wolałem popędzić do końca, może gdybym grał u siebie, to bym pocisnął maksymalnie (czy nawet pokusił się o ponowne przejście), bo gra nie zdążyła mi się znudzić, ale nie chcę nadużywać cierpliwości wiadomo kogo.  Będę maksował już Dark Souls u siebie (jak przyjdzie).

Zdążyłem wyłapać level 97, ale trzy wyssał mi False King. Pokonałem go dopiero, jak zabrałem ze sobą większą tarczę (Steel Shield +9), dzięki temu nie kradł mi aż tyle endurance za blokowanie ataków. A zakłułem go oczywiście moją niezastąpioną dzidą +10.
Na obrazku jestem w rynsztunku z końca gry, ale kompletnie nie wiem dlaczego, w ręku trzymam dragon long sworda +5, zamiast mojej włóczni. No trudno, przeoczenie.

Przed Dark Souls rozważam sobie jedną z czterech ścieżek rozwoju (z czego dwie na poważnie, a dwie raczej z góry można odrzucić):
  1. taki sam tank, jakim kończyłem Demona - potężna tarcza, która dużo wybroni, wysoka stamina, aby móc zatrzymywać silne ataki tarczą i jeszcze być potem w stanie machać mieczem, ciężka zbroja, porządna broń, najchętniej znów włócznia lub inna do pchnięć - pozwala atakować zza bezpiecznej osłony.
  2. też wojak, ale bardziej ukierunkowany na zwinność - więcej uników niż blokowania tarczą, co za tym idzie lżejszy pancerz (aby robić szybko fikołki), szybka broń (może nawet jakieś sztylety)
  3. łucznik - tego nie traktuję poważnie, bo pewnie nie da się wyżyć na samym łuku, lepiej planować któregoś z powyższych i brać łuk jako wsparcie; na pewno łuku nie zaniedbać, bo to ważna rzecz
  4. magus - to raczej odrzucam, bo chcę walczyć głównie bronią białą, samo nastawienie się na magię obierze główną przyjemność z tej gry, czyli fantastyczny system walki wręcz; już lepiej wspomóc wojaka jakimś pojedynczym zaklęciem (może nawet defensywnym); warto też z pewnością nieco bardziej podpakować mu faith lub magic, aby dostawał wyższe bonusy do magicznego oręża (w Demonie całkiem zaniedbałem to)
Zobaczymy. Na razie popatrzyłem sobie jak Andrzej przechodzi pierwszy level Darka. Już zacieram łapki na tę grę. :)

środa, 28 grudnia 2011

DnD4 #26 - wciąż gnolle

Po ostatnich walkach (i marszu przez pustynię) drużyna była już (a przynajmniej jej zdecydowana większość) dość wyczerpana i zażyczyła sobie dłuższego odpoczynku. Dość roztropnie nie zdecydowali się spaść w norach gnolli i wrócili na pustynię. Oddalili się od siedliska wroga (ranger zacierał ślady) i rozbili obóz. Nocleg w niesprzyjającym miejscu oczywiście znów wiązał się z testem endurance i nie wszystkie leczenia po nim wróciły. Koniecznie trzeba uciekać z tej pustyni, bo długo już nie da się tu pociągnąć.

Nim nastał świt, wybrali się do kryjówki gnolli. Po drodze natknęli się na sześcioosobowy patrol: trzech łuczników (żadnych specjalnych talentów poza zwykłą u gnolli zaciekłością: plusy do obrażeń w stanie bloodied i gdy osaczają wroga) i trzech brutali (potrafili zadawać dodatkowe ukąszenie, ale tylko jeśli cel krwawił i tylko po udanym ataku włócznią). Drużynie udało się pięknie zdać testy skradania i wywalczyli sobie tym samym bonusową akcję. Rębacze wykorzystali ją na wyciąganie latarni i aktywację specjalnych mocy, natomiast dystansowcy wyprowadzili pierwsze ataki. Ataki przeciwników z kolei skupiły się początkowo na niziołku, potem zaś na krasnoludzie. Za pokonanie gnolli każdy otrzymał 337 punktów doświadczenia, znaleźli też 4 kamyki (100 zł każdy) oraz 400 złotych monet, którymi się podzielili. Potem wrócili do gnollowych jam.

Zauważyli, że wokół uprzątnięto teren z ciał (zostały one poskładane w sali, w której poprzednio toczyli walkę). Natknęli się też na dwie pułapki (w tym jedna zupełnie nowa), które aktywowali - poszkodowany był jedynie krasnolud, ale po tym wydarzeniu uznali, że lepiej jeśli to bystrooki elf pójdzie przodem. Dalej penetrowali labirynt korytarzy, znaleźli niewielkie pomieszczenia wypełnione a to szczątkami, a to w miarę świeżym mięsem humanoidów, a to z posłaniami gnolli (chwilowo nieobecnych). Grzebiąc w ich rzeczach znaleźli dwa złote naszyjniki (każdy wart 250 zł). Najwyraźniej paskudy mają upodobanie do świecidełek.

W końcu, na jednym z rozwidleń, zostali zaatakowani z dwóch stron. Atak prowadził potężny przywódca z korbaczem (zapewniał niewielkie bonusy dla pobliskich towarzyszy oraz miał możliwość dać im dodatkowy atak, jednak nie udało się wykorzystać tej mocy. Towarzyszyła ma trójka nieuzbrojonych gnolli (czy raczej uzbrojonych wyłącznie we własne pazury) - ci byli bardzo ruchliwi i mobilni, zaś w szarży zadawali podwójny atak. Dodatkowo prowadzili demoniczną hienę, większą i bardziej zajadłą niż zwykła, która atakowała kwasem (przy ugryzieniu i wejściu w bloodied), a także porażała strachem (raz jej się udało). Ta walka była bardzo dramatyczna i zaciekła. Co prawda, początkowo graczom udało się dobrze wykorzystać teren i w wąskim przejściu chronić przed atakiem grupy, jednak wrogowie wykorzystali zapętlone korytarze, aby przemieścić się na ich plecy. Krasnolud i niziołek zdrowo oberwali (jak zwykle skupili na sobie większość ataków - bardzo silnych ataków, dodam - były krytyki, były wysokie rzuty na obrażenia). A pod koniec starcia czarodziej, nieco na własne życzenie (pechowo teleportował się w zasięg przeciwnika), został sprowadzony poniżej progu przytomności (i cudem uniknął śmierci - chyba wyłącznie dzięki temu, że gdy padł, gnoll nie zainteresował się jego dalszym atakowaniem). W końcu jednak udało się wszystkie ubić. Ale większość drużyny wypstrykała się z leczeń (w najlepszym stanie jest ranger - temu udawało się trzymać z dala od ataków, a nawet gdy raz spróbował wysunąć się do przodu, jakoś został pominięty). Nagroda za walkę to 350 PD na głowę. Znalezisko przy ciałach: 2 złote naszyjniki (każdy wart 250) i jeszcze dwa kamyki (moonestone'y) każdy wart 100.

Na tym przerwaliśmy sesję, więc jeszcze 75 PD na głowę "za przeżycie'. I znów trzeba szukać miejsca na dłuższy odpoczynek i wylizanie ran. Pustynia to testy endurance (co najmniej 3). Nory to proszenie się o wizytę kolejnych gnolli, o ile jakiekolwiek jeszcze tu siedzą i... zapewne też testy endurance, bo za przyjemnie to tutaj nie jest (choć na pewno będą łatwiejsze niż na zewnątrz). Jest o czym myśleć do następnej sesji.

The Legend of Zelda: Skyward Sword

Na Wyspie Pieśni Link uczy się kolejnej melodii, otwierającej drogę do następnej Milczącej Krainy. Ta położona jest w pustynnym rejonie Lanayru. Link zdaje tu test roztropności, w nagrodę otrzymując parę clawshotów. I znów - niedostępne dotąd miejsca stają przed nim otworem. Pierwsze chwile z nową zabawką wykorzystuje na zebranie chytrze poukrywanych skarbów.
Z pomocą clawshotów dociera do dawnego portu - teraz morze wyschło, wokół rozciąga się jedynie piaszczysta pustynia. Ale na porzuconym stateczku znajduje zainstalowany kryształ czasu. Jego aktywacja pozwala popływać w stworzonej w ten sposób bańce przeszłości.
Sterujący łodzią robocik Skipper pomaga Linkowi dobrymi radami. Niestety, ani w jego kryjówce, ani w dokach, ani nawet w fortecy piratów nie ma śladu świętego płomienia. W końcu udaje się namierzyć okręt-widmo, na którym Skipper był marynarzem, nim ten wpadł w łapy piratów. Płomień powinien być gdzieś na nim.

wtorek, 27 grudnia 2011

Demon's Souls

Kolejne godziny walk z demoniszczami. Padli dwaj ostatni bossowie z trzeciego świata (Tower of Latria). Pierwszy (a raczej drugi: pierwszego pokonałem ostatnio), mimo złych doświadczeń Andrzeja, okazał się niespecjalnie groźny (cóż, mam już ostro rozwiniętą postać i potężne bronie). Latająca maszkara wraz z jej bliźniaczym bratem padła w pierwszym podejściu. Kolejny był jeszcze prostszy - stary mnich nie zagroził mi nawet poważnie. Przy okazji wskoczył pure white world tendency. Potem polatałem sobie po okolicach. W pierwszej części Shrine of Storms zatłukłem black phantomy i... pure black znikł. Trzeba będzie postarać się jeszcze raz, żeby zatłuc te dalsze. Z kolei w Boletarian Palace poszedłem sobie do króla Dorana - stoczyłem z nim pojedynek, za co nagrodził mnie bronią, której i tak nie będę używał. I znikła pure white world tendency... No masz ci los!

Jeszcze trochę miejsc do zwiedzenia zostało, ale poszedłem już sobie do Fałszywego Króla - ostatniego bossa z Boletarian Palace. Dwa czy trzy razy spróbowałem się z nim wręcz. Nie jest źle, ale ma parę ataków, na które trzeba uważać. Następnym razem może spróbuję łuku - jest tam sporo miejsca, a wydaje się, że przeciwnik nie dąży do maksymalnego skrócenia dystansu. Pozwolę sobie na parę prób.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

The Legend of Zelda: Skyward Sword

Link otwiera zapieczętowane magicznym symbolem drzwi i dociera do położonego za lasem jeziora, w którym mieszka wodny smok (czy raczej smoczyca). Została ona ranna w ataku sprowadzonych przez Ghirahim stworów i nim wskaże Linkowi drogę do świętego płomienia, oczekuje przysługi - dostarczenia leczniczej wody. Można ją znaleźć w zwiedzonej uprzednio Świątyni. Link udaje się tam bez zwłoki, toczy kilka walk z nowymi rodzajami stworów i wkrótce wraca z wypełnioną flaszką. Cudowna moc wody uzdrawia smoczycę i ta otwiera przejście do Starożytnego Zbiornika, na którego dnie znajduje się poszukiwany przez Linka płomień.
Penetrując zbiornik, Link odnajduje kolejny przydatny przedmiot - bicz, który pozwala sięgać do oddalonych elementów i uaktywniać przełączniki lub przemieszczać przedmioty. Można na nim również bujać się jak na linie, o ile znajdzie się jakiś solidny punkt zaczepienia. Dzięki nim, zagłębia się w kolejne komnaty pradawnych podziemi.
U finału swej wędrówki znów trafia na Ghirahima - zbłądził tu w poszukiwaniu mocy, która pozwoliłaby mu ożywić króla demonów. Póki co, ożywia jedynie starożytną, sześcioręką statuę, z którą Link toczy ciężką, niebezpieczną walkę.
Pokonawszy wszelkie przeciwności, jest wreszcie gotów, by sięgnąć po zielony płomień. Nasycony nim miecz nabiera większej mocy. Czas wrócić na Wyspę Pieśni, bo dowiedzieć się, gdzie odnaleźć kolejny z płomieni.

niedziela, 25 grudnia 2011

The Legend of Zelda: Skyward Sword

W Faron Woods na Linka wpada Groose - zjawił się tu, by na własną rękę szukać Zeldy. Obaj udają się do starej kobiety, a ta uczy Linka gry na harfie. Jej dźwięk powoduje pojawienie się Wrót Czasu, które prowadzą do Zeldy. Niestety, są w tej chwili zablokowane, zaś na zewnątrz budzi się Uwięziony - demon, którego Link wcześniej widział w koszmarach. Teraz musi stoczyć z nim walkę, ale zwycięstwo jest czasowe - powoduje jedynie ponowne uwięzienie potwora. To znak, że trzeba się śpieszyć. Niestety, tutaj Link nic się już więcej nie dowie, wraca zatem do Skyloft. Groose też gdzieś znika, widząc, że to nie on jest wybrańcem.
W Skyloft Link poznaje słowa wyśpiewywanej wcześniej przez Zeldę melodii - jest w nich ukryta wskazówka do dalszych działań. Aby otworzyć drogę, należy skierować dwa wiatraki w stronę latarni. Niestety, jeden z nich wymaga naprawy, a niezbędna część spadła do świata pod chmurami. Link jest w stanie ją odnaleźć, ale potrzebuje pomocy, by przetransportować ją do Skyloft. Udziela jej należący do kowala robocik (który był zepsuty, ale dzięki Linkowi udało się go naprawić). Po tych trudach otwiera się droga prowadząca w burzową chmurę, wiszącą dotąd posępnie na północnym zachodzie. Nim jednak tam się skieruje, Link załatwia w Skyloft parę drobnych zadań, wyświadczając mieszkańcom niewielkie przysługi, zbierając owady i ulepszając ekwipunek.
W chmurze Link trafia na Wyspę Pieśni, gdzie po rozwiązaniu prostej łamigłówki otrzymuje kolejną melodię. Pozwoli ona odblokować drogę do jednego ze świętych płomieni, którymi należy nasycić miecz, by Wrota Czasu stanęły otworem. Pierwszego płomienia należy szukać w lesie Farona, tam też kieruje się Link. Odnalazłszy miejsce, wygrywa pieśń i zostaje przeniesiony do Milczącej Krainy, gdzie musi zdać test odwagi. Nagrodą jest łuska wodnego smoka, która pozwoli mu nurkować.
Dzięki nowo zdobytej umiejętności może spenetrować niezbadane dotąd obszary, gdzie odnajduje kolejnego pomocnika - starego Kikwi, który wskazuje mu, w jaki sposób dostać się do położonej na południu części tej krainy.

piątek, 23 grudnia 2011

The Legend of Zelda: Skyward Sword

W opuszczonej od wieków fabryce (lecz miejscami ożywającej dzięki kryształom) Link znajduje kolejny użyteczny przedmiot do swego zestawu - dmuchawę, która pozwala mu rozpędzać zalegające podłogę teraźniejszości zwały kurzu lub uruchamiać napędzane wiatrakami wynalazki przeszłości. To pozwala mu dostać się do kolejnych pomieszczeń.
Wreszcie dociera do komnaty z wielkim, tysiącletnim skorpionem. Stoczywszy z nim walkę, opuszcza fabrykę i staje u wrót Świątyni Czasu. Tu znów widzi Zeldę ze swą towarzyszką (Impą) - nie dane im jednak będzie spokojnie porozmawiać, bo zaraz zjawia się Ghirahim, potem są wybuchy, potem coś się wali, otwiera przejście, Zelda z Impą uciekają, Ghirahim znów jest wściekły - no w każdym razie dużo zamieszania. Przed ucieczką Zelda rzuca Linkowi swą harfę, a Impa radzi zanieść ją staruszce z leśnej lokacji. Ghirahim tym razem poprzestaje na wyzwiskach i znika bez walki. Ufff... Czas dowiedzieć się, co tu jest grane.

czwartek, 22 grudnia 2011

The Legend of Zelda: Skyward Sword

Omijając niebezpieczeństwa pustyni, Link dociera do wrót Świątyni Czasu. Niestety, brama jest zawalona i nie sposób tam się dostać. Jedyna droga wiedzie przez położone pod ziemią kopalniane instalacje. Aby z nich skorzystać, Link wraca na pustynię i uruchamia trzy generatory. Cel wydaje się być już tak blisko, jednak każdy krok ujawnia tylko kolejne przeszkody do pokonania.
Na liczniku 20 godzin.

środa, 21 grudnia 2011

The Legend of Zelda: Skyward Sword

Magia z trzeciej (ostatniej) części panelu otwiera przejście w chmurach, zaś Link, nie marnotrawiąc zbytnio czasu, udaje się do kolejnej lokacji - Kopalni Lanayru. Niegdyś tętniącego życiem miejsca, teraz pustynnego i opuszczonego (pewnie wskutek wyeksploatowania zasobów). Tamtejsze potwory posiadają moce oparte o elektryczność, co oznacza, że zabieranie metalowej tarczy nie było najlepszym pomysłem. W kopalniach znajduje kryształy, które po uderzeniu lokalnie cofają czas do okresu świetności tego miejsca - porzucone korytarze znów ożywają. Zaczyna działać transport wagonikowy, co pozwala mu ruszyć dalej.
Wkrótce opuszcza kopalnie i wychodzi na rozległy, pustynny teren. Tam pomaga (w lokalnej przeszłości) jednemu z robocików-górników, za co ten ulepsza jego latającego żuka - teraz potrafi on przenosić bomby i zrzucać je znienacka na wrogów. To pozwala Linkowi utorować sobie drogę dalej. Jego kroki zmierzają w stronę świątyni, skąd Fi wciąż wyczuwa silny sygnał Zeldy.

Demon's Souls

Na zdjęciu widać Dark Silver Armor oraz Dark Silver Shield (lub jakoś tak) - moją nową zdobycz, pozyskaną na bossie (a raczej gwardziście ochraniającym bossówę) z końcówki 5. świata. Pokonałem dziś też pierwszego bossa z Tower of Latria oraz drugiego smoka z Boletarian Palace. Niewiele już chyba zostało do roboty. 81. level, na liczniku (bagatela) 37 godzin.
Mimo wysokiego levelu, nadal drżę na myśl o walce z czarnym szkieletem, nadal muszę uważać na niebieskookich rycerzy, mindflyer z 3 nadal może mnie usmażyć i ginę jak troll z 5 dorwie mnie w wodzie. Zbroja, którą teraz noszę, nie różni się (parametrami) zbytnio od tej, którą miałem na początku (no fakt, soldier zaczyna z bardzo przyzwoitą płytówką). Nie próbowałem chodzić w słabszej, więc nie wiem, co dokładnie daje jej ochrona. Coż, zbroi się nie rozwija, a każdy przyrost mocy broni był natychmiast odczuwalny w postaci zadawanych obrazeń. Na pewno mogę też teraz więcej wywijać mieczem (lub włócznią), dzięki wysokiej endurance. Jestem ciekaw, ja grałoby się magiem.

wtorek, 20 grudnia 2011

DnD4 #25 - pustynne gnolle

Jak pamiętamy, dzielna drużyna poszukiwaczy przygód, ku swemu bezbrzeżnemu zdumieniu, znalazła się, ni z gruchy, ni z pietruchy, na pustyni. Wokół, jak okiem sięgnąć, wydmy i piasek, wydmy i piasek, wydmy i piasek (nie licząc słonego jeziora). I całkiem sporo słońca nad głową. Nie mając za bardzo wskazówek, w którą stronę warto się skierować, skierowali się w losową.

Wędrówka kosztowała ich rzuty na endurance i utratę healing surges (których nie można było odzyskać w trakcie extended rest). Najwięcej stracił czarodziej, ale ucierpiał każdy. Następnego dnia, koło południa, dostrzegli oddalone obozowisko. Pełni nadziei, skierowali tam swe kroki. Niestety, okazało się, że przebywające tam gnolle nie żywią zbyt wielkiej sympatii do innych humanoidów i, nieprowokowane, natychmiast zaatakowały zbliżających się bohaterów.

Grupę stanowiła dwójka gnollowych łuczników, dwóch nieuzbrojonych "żołnierzy" (atakowali pazurami) oraz ich przywódca z maczugą (specjalną mocą zdołał jednokrotnie przyznać swym towarzyszom darmowy atak). Wspierała ich czwórka hien (minionów). Starcie nie wydało się specjalnie groźne (zwłaszcza po potyczkach z yeti), może po części dlatego, że jedynym rannym w tej walce okazał się krasnolud. Zebrał całkiem sporo obrażeń, ale leczące moce szybko stawiały go na nogi. Mimo wszystko, wszystkie punkty akcji i całkiem sporo mocy dziennych zostało zużytych. Gracze nie oszczędzali się zbytnio, licząc że nic więcej ich tego dnia nie czeka. Z innych zdarzeń wartych odnotowania - krasnolud pobił swój rekord obrażeń zadanych w jednym ataku (krytyk na mocy dziennej). Nagroda za spotkanie: po 388 PD na łebka. Do tego 3 potiony i jeden złoty naszyjnik (wart 250 zł) do podziału.

Na obozowisko, poza palami z obdartymi ze skóry ciałami humanoidów, składały się dwa przykryte częściowo piaskiem płaskie namioty (wykonane ze skór i kości). Pod nimi kryły się dwa wejścia do kompleksu wydrążonych nor (też utrwalonych kośćmi i skórami - z pewnością nie była to tymczasowa siedziba). Bohaterowie, choć zapewne woleliby od razu udać się na nocleg, postanowili zaryzykować i spenetrować tunele.

Uczyniwszy zaledwie parę kroków wpadli na prostą, mechaniczną (lecz nieźle ukrytą) pułapkę - niziołek zdołał jej uniknąć, lecz krasnolud nie miał tyle szczęścia i solidnie oberwał. W dodatku z pobliskiej komnaty (czy raczej rozległej jamy) wyskoczyła trojka zaalarmowanych hałasem gnolli (silnie zbudowanych brutali). Być może nie było to takie złe, gdyż dzięki temu walka toczyła się dość bezpiecznie w wąskim wejściu. Do trójki dołączyły zaraz jeszcze dwa z sąsiednich odnóg (jeszcze większe od tamtych), a turę później zjawił się jeden z berdyszem (jego ataki, co ciekawe, okazały się niespecjalnie groźne, miał za to moc pozwalającą na krótkotrwałe oszołomienie przeciwników). Ta walka okazała się cięższa (niech zgadnę - mógł mieć w tym udział brak punktów akcji i wyczerpanie większości dziennych mocy, może też sporo nieudanych rzutów krasnoluda). Pierwszy padł niziołek (ale szybko udzielono mu pomocy), niedługo później - krasnolud (ten musiał czekać do końca walki, aż się nim zajmą). Część gnolli potrafiła wstawać po powaleniu, by zadać ostatnie dwa ataki w berserkerskim szale, jednak najgroźniejsza okazała się taktyka "wszyscy na jednego" połączona z zadawaniem całkiem solidnych obrażeń. To starcie było bardzo wyczerpujące i prawdopodobnie poskromi ochotę na dalsze badanie korytarzy. Oczywiście będzie trzeba rozstrzygnąć problem "gdzie udać się na odpoczynek, by nie mieć kolejnego spotkania przed jego końcem". Za walkę nagroda po 375 PD i jeszcze po 75 PD za przeżycie sesji. Zaś przy pokonanych: 3 złote naszyjniki (250 zł każdy) i jeszcze 50 zł luzem. Do podziału.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

The Legend of Zelda: Skyward Sword

Po krótkiej wizycie w Skyloft, Link wraca do Świątyni Ziemi z nową tarczą i paroma drobiazgami, za to z sakiewką lżejszą o kilkaset rupii. Korzystając z posiadanych przedmiotów oraz elementów otoczenia, toruje sobie drogę do wnętrza.
U celu widzi Zeldę, gdy ta znika w snopie jasnego światła wraz z napotkaną uprzednio tajemniczą kobietą. Pojawia się też Ghirahim ponownie rozwścieczony ucieczką Zeldy - tym razem nie staje do walki, ale nasyła na Linka ognistego pająka. Po jego pokonaniu, Link zdobywa kolejny panel odblokowujący nową naziemną lokację.

niedziela, 18 grudnia 2011

The Legend of Zelda: Skyward Sword

Po zebraniu pięciu fragmentów klucza, Link otwiera drzwi do Świątyni Ziemi. Spotyka tam, między innymi, nowy, niebezpieczny gatunek przeciwnika. Jaszczury są bardzo zwinne, kamiennej łapy używają zarówno ofensywnie, jak i defensywnie. Na walkach z nimi traci tarczę (stalową!).
Zyskuje za to torbę na bomby - dzięki niej, będzie mógł ich używać w tych miejscach, do których dotąd nie był w stanie ich donieść ani dorzucić.
Ze względu na tę tarczę, to chyba dobry moment, aby znów odwiedził Skyloft. Na szczęście pobyt tutaj wypełnił jego sakiewkę kolorowymi, brzęczącymi rupiami.

sobota, 17 grudnia 2011

The Legend of Zelda: Skyward Sword

Link dalej bada obszar wulkanu Eldin. Spotka tam kolejną tajemniczą postać - kobietę w czerni, która wskazuje mu drogę do Zeldy.
Od zamieszkujących okolicę Magmosów otrzymuje rękawice, które pozwalają mu wykopywać z ziemi różnego rodzaju znaleziska. Są one konieczne, by móc kontynuować wędrówkę. Dzięki nim, może też wziąć udział w grze organizowanej przez białego kreta Tuberta.
Wreszcie staje przed zamkniętymi na głucho drzwiami. Fragmenty klucza są gdzieś rozrzucone po okolicy. Zanim jednak zbierze wszystkie, pozwala sobie na szybki powrót do Skyloft. Który nieco mu się przedłuża, gdyż pomaga w poszukiwaniu siostry jednego z mieszkańców. Nagrodą są kryształki wdzięczności.

piątek, 16 grudnia 2011

The Legend of Zelda: Skyward Sword

Po otwarciu drogi w chmurach, prowadzącej do kolejnej lokacji, Link spędza jeszcze nieco czasu w Skyloft robiąc zakupy (kupuje m.in. stalową tarczę w miejsce utraconej drewnianej). Tam dowiaduje się też o zaginięciu Kukiel (tutejszej dziewczynki) i postanawia pomóc ją odnaleźć. Wymaga to nieco bieganiny, ale wszystko oczywiście dobrze się kończy, zaś Link przekonuje się, że poza zbieraniem owadów i wypadających z wrogów trofeów, zbierać można też kryształy wdzięczności, które wysypują się z ludzi, wobec których spełniliśmy dobry uczynek. Na pewno nie będzie nim strącenie ozdobnego kandelabru w dyniowej karczmie. Tę psotę Link będzie musiał odpracować.
Tymczasem jednak rusza do kolejnego zakątka świata pod chmurami. Jest to gorąca, wulkaniczna lokacja, z płynącymi rzekami lawy, buchającymi gejzerami, ognistymi nietoperzami i tego typu menażerią. Spotyka tam przyjaźnie nastawionych Mogmasów - miejscowych poszukiwaczy skarbów, zazwyczaj siedzących pod ziemią. Uczą oni Linka nowej, pożytecznej umiejętności - posługiwania się wybuchowymi kwiatkami, przy których pomocy będzie mógł on torować sobie drogę przez zawaliska.

czwartek, 15 grudnia 2011

Demon's Souls

Pokonałem dziś Króla Burzy (wielką, latająca płaszczkę w otoczeniu mniejszych). Przy pomocy Stormrulera, czyli miecza miotającego gromy w przestworza (to chyba domyślne rozwiązanie, wskazują na to pozostawione na ziemi teksty). A także Leechmongera wyglądającego jak gigantyczne skupisko pijawek. Najpierw próbowałem utłuc go Lava Bowem, ale skończyły mi się strzały (skurczybyk cały czas się regenerował, jeden strzał zadawał mu sporo obrażeń, lecz nim naciągnąłem cięciwę po raz drugi, większość zdążył wyleczyć), a gdy spróbowałem do niego zejść, spadłem z półki i skręciłem kark. Za drugim razem postanowiłem załatwić to jak mężczyzna i posiekać go Dragon Longswordem +5. Parę ciosów i było bo bossie, nawet nie zdołał zrobić mi krzywdy. Ha!

Wskoczyła mi też, ku memu wielkiemu zaskoczeniu, Pure White Tendency w Shrine of Storms, co pozwoliło mi wykonać dodatkowy quest i zdobyć miecz, którego i tak nie mam ochoty używać. Wyłapałem też dość kamyków, by rozwinąć wreszcie Winged Spear na +10. Ale, że zwiedzam teraz Valley of Defilement, korzystam z Dragon Longsworda, który jest na tutejsze paskudy znacznie skuteczniejszy. Druga lokacja tego świata jest dość męcząca, bo składa się głównie z wielkiego, podziemnego (do tego trującego) jeziora (na szczęście płytkiego, więc utonięcie mi nie grozi).

środa, 14 grudnia 2011

The Legend of Zelda: Skyward Sword

Nim zapuści się do wnętrza stojącej otworem Skyview Temple, Link odwiedza jeszcze na krótko Skyloft, gdzie naprawia tarczę i kupuje większą sakiewkę. Niestety, nic nie może rozwinąć, gdyż nie ma dostatecznej ilości materiałów. Zahacza też o kilka mniejszych wysepek rozrzuconych wokół Skyloft, gdzie udaje mu się zgarnąć parę drobiazgów. Wreszcie czuje się gotów do stawienia czoła niebezpieczeństwom swego pierwszego prawdziwego dunegona.
Świątynia, jak to w Zeldach - wypełniona zagadkami i potworami. Zagadki są drobne i nieskomplikowane - sprowadzają się do uruchomienia paru przełączników. Za to potwory starają się dokuczyć już od samego początku - zwłaszcza przerośnięte pająki dają Linowi w kość. Na szczęście może ratować się eliksirami.

W jednej z komnat znajduje kolejną zabawkę: latającego żuka, którym można sterować i np. przecinać liny, uruchamiać daleko położone przełączniki czy zbierać niedostępne przedmioty. Będzie on konieczny, by móc kontynuować wędrówkę.

Za drzwiami, za którymi wedle wskazówek Fi powinna znajdować się Zelda, Link odnajduje tajemniczego nieznajomego o podejrzanym wyglądzie, który każe tytułować się Lordem Ghirahimem. Z krótkiej rozmowy wynika, że również szukał Zeldy (z pewnością w nikczemnym celu), która jednak już gdzieś zniknęła. Postanawia wyładować się na Linku, ten zatem musi się z nim zmierzyć.
Starcie jest dłuższe i cięższe niż poprzednie zabawy z pająkami i bokoblinami - tarcza Linka idzie w drzazgi, zużywa też obie buteleczki ze schwytanymi wcześniej faerie, w końcu jednak udaje się odeprzeć wroga. Ten stwierdza, że szkoda jego czasu i znika mu z oczu.

Po walce Fi odczytuje informacje, które prowadzą do kolejnej lokacji, gdzie znajduje się Świątynia Ziemi. Link zbiera też panel, który umożliwi otwarcie drogi w chmurach do tego miejsca.

Na liczniku niemal 8 godzin gry.

wtorek, 13 grudnia 2011

DnD4 #24 - klucz do pustyni

Mimo, iż poprzednia walka kosztowała naszych bohaterów wiele trudu (oraz dziennych mocy, punktów akcji, leczeń i takich tam), nie zdecydowali się na wcześniejszy odpoczynek - postanowili piąć się w górę i penetrować kolejne piętra wieży.

Piętro czwarte było wolne od nieprzyjaznych stworzeń, za to pod skorupą lodową udało się dostrzec obiecująco wyglądający kufer. Parę uderzeń miecza skruszyło lód, naruszając przy tym niestety również pokrywę ścian i sufitu - zwał lodowych sopli zerwał się i spadł na majstrującą przy znalezisku trójkę - niziołka, krasnoluda i eladrina - nie czyniąc im jednak krzywdy. Pokrzywdzony został elf, który stał nieco dalej - jak pech, to pech. Otwarcie kufra wymagało jeszcze wykorzystania złodziejskich umiejętności niziołka - niestety, nieudany rzut aktywował pułapkę, która zraniła go i zaraziła chorobą (będzie rozwijać się przez parę dni, póki co, nie widać objawów) W kufrze znaleźli kamienną księgę (bardzo ciężką), która oferowała jednokrotne wyuczenie się wybranego rytuału. Postanowili zachować ją na potem - jak się okazało, niezbyt roztropnie.

Na piętro piąte elf zajrzał próbując się skradać, nie bardzo mu to wyszło i czekające tam yeti od razu rzuciły się do ataku. Całe szczęście, rangerska moc pozwoliła mu w porę odskoczyć, a monstra nie pokwapiły się zbyt szybko ruszyć za nim. Jak góra nie chce do drużyny, to drużyna musi na górę. Tutaj pokrywa lodowa nie utrudniała ruchu jak niżej, jednak i tak brak rozwagi mógł kosztować upadek. Całe szczęście, lodowe nawisy częściowo osłaniały krawędzie, co zmniejszało szanse na bycie wypchniętym na zewnątrz. Naprzeciw bohaterów stanęła grupa czterech rampagerów yeti (nowa odmiana - szybkie dranie, lubujące się w tratowaniu i szarżach) oraz dwójka żołnierzy (spotkane poprzednio). Każdy z nich mógł raz na spotkanie próbować "chuchu" raniącego i spychającego o 3 pola, lecz nie każdy zdążył z tego skorzystać. Bój był zaciekły, choć chyba nie aż tak dramatyczny, jak poprzednio. Że jednak yeti mają moce obejmujące wiele celów (w dodatku w większości na Will), każdy z graczy zebrał swoją porcję razów. Z ciekawostek: jednego yeti udało się magowi wypchnąć (nawet mimo soplowych kurtyn) ale skurczybyk wrócił. W nagrodę za starcie: 350 PD na głowę i 2 eliksiry oraz 40 sztuk złota do podziału w ramach skarbu. Żadnych skrzyń w okolicy.

Na dalszą wędrówkę nie mieli już ochoty, dlatego udali się na spoczynek. Wieża wciąż promieniowała nieprzyjemnym zimnem i nie stanowiła zbyt przytulnego miejsca na sen, dlatego wrócili aż do sań zostawionych na brzegu (zanosząc tam przy okazji księgę - nieroztropnie) i tam zasnęli. Wstali jeszcze na długo przed świtem (w nocy nic ich nie nękało) i wrócili penetrować wieżę (nic się nie respawnowało). Halfling zaczął odczuwać symptomy choroby - nie odzyskał jednego z leczeń.

Na szóstym piętrze czekał na nich tylko kufer. Tym razem lodu było mniej, więc bez groźby zawalu, a niziołkowi udało się nie oberwać od pułapki. W środku drużyna odkryła niezwykły przedmiot: Endless Quiver (przedmiot z dodatku). Kołczan, który zawsze jest pełen strzał - gdy do niego sięgamy, tworzy nam kolejną (trzeba ją jednak od razu wystrzelić, nie próbujcie robić z nich szałasu). Owo niezwykle cenne i potężne znalezisko drużyna przyjęła dość chłodno, pewnie dlatego, że ranger i tak zaniedbywał obowiązek odpisywania sobie pocisków (za co jeszcze spotka go kara, bez obaw).

Droga na piętro siódme nie prowadziła wygodnymi schodami - można było tam się dostać po jednej z czterech kolumn, na których wspierało się sklepienie. Elf i niziołek poradzili sobie ze wspinaczką, dla pozostałych należało spuścić linę. Nim jednak cała grupa znalazła się na górze (ściślej mówiąc - nim wizard tam się znalazł), z otworów w suficie prowadzących na kolejne piętro (znów po kolumnach) zeskoczyła kolejna szóstka yeti. Tym razem po dwie sztuki każdego ze spotkanych rodzajów: żołnierzy, wyjców i biegaczy. Tu już nic nie utrudniało ruchu, jednak lodowa pokrywa na ścianach promieniowała przenikliwym zimnem, które mogło zranić niezbyt wytrzymałego osobnika na tyle nieostrożnego by przy niej stanąć. W praktyce ograniczało to pole manewru do kwadratu 8x8 pól (każde kolejne piętro było nieco mniejsze od poprzedniego). Za to kolumny można było wykorzystać jako prostą osłonę. Yeti znów rozwinęły swój standardowy repertuar mocy (nawet udało się raz zepchnąć maga w otwór, którym tu się dostał - gdyby nie amulet, źle by się dla niego skończył ten upadek). Z ważnych dokonań - fireball rzucony przez maga objął aż piątkę wrogów i zaoowocował dwoma krytykami. Całkiem nieźle. Po powaleniu trzech yeti, raniąca aura od ścian osłabła, zaś po pokonaniu całej szóstki, całkiem znikła. 375 PD na głowę.

Na ósmym piętrze (znów wspinaczka po kolumnach) kolejny kufer (niziołek znów się wykazał) i cenne znalezisko - dwanaście topazów, każdy wart 500 sztuk złota (wychodzi półtora tysiąca na głowę, brawo). I wciąż można iść na górę - tym razem jest tylko jeden otwór i jedna kolumna.

Elf poszedł przodem. Nad wyjściem czatował przygotowany do ataku potwór - wielka istota rodem z mrocznych krain. Elf szybko wypuścił dwie strzały, widząc jednak, że potwór jest zamarznięty i nie zamierza go atakować, spuścił linę dla towarzyszy. Gdy cała czwórka znalazła się na górze, zaczęto debatować, co robić dalej. Drogi wyżej nie było, a potwór miał wbity w pierś sztylet, spod którego rękojeści sączyło się zmrożone powietrze. Nim jednak uradzono co czynić, niziołek zmęczony tymi rozważaniami chwycił sztylet i po prostu go wyciągnął. Przez moment można było odnieść wrażenie, że istota zaatakuje, zamiast tego rozpadła się jednak. Chwilę później zaczęła walić się wieża, zaś lód topić i zamieniać w wodę.

Drużyna ruszyła do ucieczki. O dziwo, nawet krasnolud miał udane rzuty, jedynie czarodziej został nieco pokiereszowany. Gdy tylko znaleźli się na zewnątrz, rzucili się przez lód na drugi brzeg. Pokrywa lodowa zaczynała się już topić i pękać - nim dotarli na drugą stronę, całkiem skruszała i śmiałkowie wylądowali w wodzie. Słone, martwe wody jeziora nie pozwalały im zatonąć, nie atakował ich też mróz, zaś wstające właśnie zza horyzontu słońce oświetliło okolicę. Wokół nie było już śladu po wzgórzach i lesie, który widzieli tu ostatnio. Nie było też śladu po saniach (i księdze!). Wokół rozciągała się bezkresna, piaszczysta pustynia, powoli ogrzewająca się w promieniach budzącego się słońca. Za ukończenie sesji dostali jeszcze po 75 PD. Są gotowi do awansu na 7 poziom.

Opis z fotkami na blogu elfiego rangera >>

poniedziałek, 12 grudnia 2011

The Legend of Zelda: Skyward Sword

Link, nim ruszy w nieznane, odwiedza jeszcze bazar, gdzie zaopatruje się w drewnianą tarczę (standardowe wyposażenie bohatera). Od handlarki eliksirami dostaje w prezencie pustą butelkę (wspaniały podarunek, nie ma co), którą od razu napełnia zakupionym eliksirem zdrowia. Z rozmowy z kowalem dowiaduje się, że może tam naprawiać oraz ulepszać swój ekwipunek (co jednak wymaga zdobycia rzadkich materiałów). No, no, jednak jest trochę nowości w tej Zeldzie - sprint, parkour, stamina, a teraz jeszcze naprawy i ulepszenia.
Gotów do wyprawy, opuszcza wreszcie Skyloft i kieruje się w stronę dziury w chmurach (uczynionej przez świetlisty promień, który wystrzelił z posągu Bogini, gdy aktywował magiczny panel). W ten sposób dociera do leśnej lokacji. Spotka tam tajemniczą starą kobietę, która zamiast wyjaśnień, częstuje go kolejną porcją zagadek oraz mętnych przepowiedni. Zapewnia jednak, że Zelda żyje i podąża właśnie przeznaczoną jej ścieżką.
Link, z pomocą Fi (której moc pozwala na namierzenie aury Zeldy), penetruje las. Niestety, wskazywana przez Fi droga, zamiast do przyjaciółki, prowadzi go do Kikri - przyjaznych istot, zamieszkujących okolicę. Spotkały one Zeldę i stąd pozostał wyczuwany przez Fi ślad.
Poza nimi, spotyka też podróżnika Gorona, który bada różne tajemnicze pozostałości dawnej cywilizacji, takie jak kamienie do zapisywania stanu gry. A żeby nie było za wesoło (albo za nudno), poza nimi Link spotyka też sporą ilość nieprzyjaźnie nastawionych mu istot. Król Kikiri prosi go o pomoc i upewnienie się, że pozostałym Kikiri nic nie grozi. Wymaga to pobiegania nieco po okolicy, wspięcia się tu i tam oraz pokonania paru Bokoblionów. W nagrodę otrzymuje procę - pozwoli mu ona dotrzeć do Leśnej Świątyni, gdzie udała się Zelda. Jednak przed wejściem Fi ostrzega go, by upewnił się, czy jest dobrze przygotowany do tego niebezpiecznego zadania. Skoro jest taka możliwość, zapewne uda się do Skyloft, by naprawić tarczę i sprawdzić, czy kowal nie zaoferuje mu jakiegoś ciekawego ulepszenia.

sobota, 10 grudnia 2011

The Legend of Zelda: Skyward Sword

No, skończyłem większość tego, co tam miałem zaczętego, mogę się wreszcie zabrać za Skyward Sword.
Wszystkie Zeldy, w które dotąd grałem, bardzo mi się podobały, a ta (podobnie jak poprzednie) zdobywa wysokie oceny, choć pada pod jej adresem też sporo krytyki - a to za sterowanie (to Wii, więc zamiast klasycznego pada mamy wiilota i motion control), a to za grafikę (zarówno za technologię, jak i nie każdemu odpowiadający styl), a to za ciągłe (od ćwierćwiecza - tak, tak, to już 25 lat Zeldy) eksploatowanie tych samych schematów i motywów. No zobaczymy. Zniosę grafikę, ścierpię sterowanie, jeśli gameplay jest równie przyjemny jak w poprzedniczkach.
Czy gra jest tak brzydką, na jaką wygląda? Cóż... i tak, i nie. Przede wszystkim: to jest Wii. No niestety. Konsola ta ma już swoje lata, a tak po prawdzie to od początku była już mocno zacofana. To, co najbardziej razi od samego początku, to rozdzielczość. Ale znalazłem na to jest sposób - usiadłem metr dalej od telewizora. I wtedy oprawa zaczyna cieszyć oko - jest kolorowa, pastelowa, przyjemna. Postaci są przerysowane, karykaturalne, o żywej gestykulacji i mimice (no i oczywiście nie mówią). Stylem przypomina to Wind Wakera, tyle że on opierał się na jednolitych płaszczyznach, a tutaj mamy "malarski" filtr - tekstury i oddalone obiekty są rozmyte, jakby rozpaćkane pędzlem. Jest to dość ryzykowne, ze względu na słabą moc konsoli - pewnie na PS3 czy Xboksie mogłoby to naprawdę przypominać efekt akwareli. Ale i tak wygląda przyjemnie, uplastycznia obraz. Tyle, że widać, że pod tymi paćkami kryją się tekstury w niskiej rozdzielczości. No ale cóż - jak mówiłem - metr dalej od telewizora. I wszystko robi się ładniejsze. To nie jest gra na telewizory HD.
Przygoda zaczyna się w Skyloft - mieście położonym w unoszącej się wśród chmur wyspie. Link jest tu uczniem szkoły rycerskiej (wraz z Zeldą, swoją najlepszą przyjaciółką). Miejscowi dosiadają wielkich ptaków (loftwingów), z którymi łączy ich nierozerwalna więź. Gdzieś tam, na dole, pod nieprzebytymi chmurami, podobno znajduje się legendarny i niezbadany stały ląd. Ale nikt nigdy tam nie był.
Zaczyna się od pobudki, jaką sprawia Linkowi loftwing Zeldy, przynosząc wiadomość przypominającą o dzisiejszej uroczystości. W jej trakcie ma odbyć się wyścig na ptakach, którego zwycięzca zostanie pasowany na rycerza i otrzyma dar z rąk Zeldy. Link jest faworytem, gdyż jego czerwonopióry ptak nie ma sobie równych w całym Skyloft. Niestety, wkrótce okazuje się że ptak zaginął. Krótkie śledztwo ujawnia winnego: konkurent Linka, Groose (rosły, antypatyczny typ, również uczeń szkoły) porwał go i uwięził. Link bierze miecz w garść i rusza uwolnić przyjaciela (aby do niego dotrzeć trzeba przejść przez jaskinię pełną niebezpiecznych nietoperzy). Wydobywszy go z matni, bierze udział w wyścigu, oczywiście zwycięża (pokonując wciąż próbującego nieuczciwych sztuczek Groose'a) i otrzymuje z rąk Zeldy spadochron. Następnie we dwójkę ruszają na przejażdżkę. Zakłóca ją niezwykła burza, która dopada ich nagle i strąca Zeldę na ziemię. Link rusza na ratunek, ale nie jest w stanie jej pomóc. Wkrótce budzi się we własnym łóżku - jest noc, a do domu przyniósł go wierny loftwing. Ale Zelda zaginęła. Link widzi tajemniczą postać, podąża za nią aż do posągu Bogini i odkrywa sekretną komnatę, gdzie spoczywa magiczny miecz. Postacią, za którą podążał, jest Fi, niezwykła istota, będąca duchem owego miecza. Fi nazywa go wybrańcem, a następnie poleca wziąć miecz i ruszać na wyprawę, która uratuje świat i przy okazji Zeldę. Od ojca Zeldy (a zarazem głównodowodzącego szkoły) otrzymuje strój rycerza (czyli tradycyjny zielony kostium Linka). I chyba czas szykować się do wielkiej wyprawy...

piątek, 9 grudnia 2011

Demon's Souls

64. poziom. Trochę zbierania dusz, trochę zbierania kamyków (utłukłem sporo jaszczurek), rozwinąłem każdą z broni po razie, kolejny boss pokonany (ślepy bohater, ponieważ jest ślepy, strzelałem do niego z łuku i trzymałem z dala od ostrza, którym wymachiwał). Nadal nie zwiedzam 3. i 5. świata. Tak zbierając kamyki parę razy fatalnie władowałem się tam, gdzie nie powinienem był i całkiem sporo dusz poszło z dymem. No trudno. Taki już urok tej gry, trzeba uważać (i nie popełniać dwóch błędów pod rząd).

Następnym razem obiecuję sobie spenetrować któryś z niezwiedzanych światów.

środa, 7 grudnia 2011

Demon's Souls

Ponad 22 godziny na liczniku, level 54. Dziś (zgodnie z pierwotnym planem) zbierałem dusze w 4 świecie, by rozwinąć magię i życie. Potem zatłukłem flamelurkera, a zaraz później i arcyłotra z tego świata (tkwiącego w jeziorze lawy smoka - króla demonów) i wlazłem do trzeciej lokacji Boletarian Palace. Jest fajnie. Co prawda jadę wg podsuwanych mi na bieżąco wskazówek, więc przyjemność (albo i nie) odkrywania wszystkiego samodzielnie (czyli uczenia się na własnych zgonach) odpadła, ale i tak jest ok (czytaj: i tak co jakiś czas ginę). Dwa światy mam praktycznie nietknięte, więc jeszcze sporo pracy zabawy przede mną.




Kilka przemyśleń: rozwijam się (i ekwipunek) bez jakiegoś specjalnego planu. Punkty ładuję głównie w siłę i zręczność (żadnej nie traktując priorytetowo), nieco poszło jeszcze w życie, parę w endurance i kilka w magię (ale z różdżki korzystam rzadko, ponadto mam tylko jeden czar, a chętnie poprobowałbym tej ścieżki, może w Dark Souls). Polubiłem od początku walkę włócznią - za szybkość i zasięg (teraz mam winged spear rozwinięty do +8 ), czasem wspomagam się jednym z mieczyków (ognisty longsword i jakiś magiczny falchion czy sejmitar). No i oczywiście łuk - parę razy bardzo mi pomógł, choć na początku nie byłem do niego przekonany (a niedawno zrobiłem z niego lava bow - jest na fotce). Od początku za to chodzę w startowej płytówie żołnierza, nie znalazłem nic lepszego dla siebie. Co do tarczy - chroniąca przed ogniem lub regenerująca, zależnie od sytuacji. Ich nie rozwijam, nawet nie nauczyłem się atakować tarczą. Używam jej tylko defensywnie.

wtorek, 6 grudnia 2011

DnD4 #23 - kto uwierzy - Yeti w wieży!

Na dobry początek, gracze dostali po 125 PD na głowę tak zupełnie za darmo. No, właściwie chodziło o nowy system nagradzania w miejsce "pedeków z questy" (a to po to, aby zrezygnować z questów, co już wkrótce odniosło swój skutek, bo gracze olali parę co głupszych, jakie na nich czekały). Te 125 to były punkty zaległe z dwóch poprzednich sesji (system jest tak nowy, że zapominałem o jego stosowaniu).

Potem pochylili się z zadumą nad szczątkami czarodzieja, po czym stwierdzili, że dalszą eksplorację opanowanych przez szkielety i śluzy podziemi kaplicy zostawią sobie jednak na inną okazję. Wrócili do kapłana, by opuścić wspólnie niegościnne progi świątyni (zamknąwszy za sobą drzwi). Niestety, kapłan nie miał żadnych magicznych uzdolnień, w każdym razie żadnych pozwalających wskrzeszać zmarłych towarzyszy. Zatrzymali się jeszcze na noc, by powrócić do pełni sił (nie czarodziej, cha cha cha), zaś następnego ranka ruszyli do Czterech Flaszek.

Przed odjazdem dołączył do nich sędziwy (ponoć doświadczony) i nad wyraz otyły łowca nagród. Z nagrodą przerzuconą przez konia, czy raczej kimś, kogo liczył wymienić na nagrodę w Czterech Flaszkach. Na imię miał Mała Góra, ale nie przydało mu się ono na zbyt długo, bo przed wieczorem spadł z konia i umarł (czy raczej na odwrot: najpierw umarł, potem spadł z konia). Wbrew zapowiedziom, nie nauczył bohaterów niczego pożytecznego.

Mimo zachęty przytroczonego do konia łotrzyka, nie zdecydowali się go wypuścić (dowiedzieli się, że był nim poszukiwany przez władze Trzeci, rzezimieszek winny paru zabójstw). Skrzętnie natomiast przeszukali sakwy zmarłego. Znaleźli tam nieco złota i kamyków, pergamin z "ostatnią wolą" (którą było odprawienie magicznego rytuału nad jego ciałem) oraz zwój z tymże rytuałem plus słoik komponentów do niego. Jakoś nie zdecydowali się go odprawić, choć była pokusa, by użyć go raczej na eladrinie. W końcu zdecydowali zabrać ciało (oraz pojmanego) do Czterech Flaszek i oddać pod opiekę kapłanów - niech się oni martwią.

Dalsza część drogi upłynęła spokojnie. W Czterech Flaszkach oddali kapłanom ciało Małej Góry (ów, jak się okazało, był już im znany), a także wszystkie jego rzeczy (wraz z więźniem). Rytuał był jakąś rzadką odmianą wskrzeszenia i miał trwać zbyt długo, by zdecydowali się zaczekać na jego efekt, ponadto mieli własne sprawy do załatwienia. Kupili zatem tylko zwój Raise Dead, niezbędne składniki (wielkodusznie zrzucili się na nie) i odprawili rytuał nad martwym czarodziejem. Zajrzeli też do Srebrnej (ale nie zastali Dobrobrodego) oraz do namiestnikowego sekretarza, by przekazać mu Ślepaka i dostać swą zapłatę (51 sztuk złota na głowę po potrąceniu podatku). Sekretarz chciał na nich wymóc dodatkowe zaangażowanie w organizację święta, włącznie z przebierankami i aktywnym uczestnictwem w odtwarzaniu jakiejś rytualnej inscenizacji, ale odmówili mu chłodno, chcąc raczej poszukać zajęcia bardziej odpowiadającego ich profesji.

Jakoś przed dworem namiestnika dopadła ich jeszcze pewna stara kobieta, błagając i prosząc o ratunek dla swego syna, który to syn został ponoć ujęty, aresztowany i nie wiadomo co z nim się stanie. Widać sława bohaterów i wiedza o ich czynach zaczyna się rozprzestrzeniać, skoro uznała, że może liczyć na ich pomoc. Poszli do namiestnika, bo nic ich to nie kosztowało. Ten nie miał czasu się tym zajmować, więc dał im tylko przepustkę pozwalającą wejść do więzienia, by dowiedzieli się, czego chcą. Gracze postanowili upiec dwie pieczenie na jednym ogniu - skoro już wpuszczono lisa do kurnika, to możne najpierw porozmawiajmy z Półniedźwiedziem. Strażnik, ogr, zaprowadził ich do najgłębszego lochu, gdzie krasnolud odwracał jego uwagę trunkiem i rozmową, zaś bohaterowie zamienili kilka słów z uwięzionym. Na powtórzone za Cieniem słowa (o pożerającym się głupcu) Półniedźwiedź zamyślił się, po czym powiedział im o jeziorze za Wilczymi Skórami (miejscu, o którym plotki już wcześniej do nich docierały) i ukrytym tam Kluczu Otwierającym Wszelkie Drzwi. Na więcej nie był to czas ani miejsce. Skończywszy tutaj, zahaczyli też o celę Niemrawego (syna tej kobiety), ale nie miał dla nich ciekawych wyzwań - osadzono go pod zarzutem znalezienia skarbu i zatajenia tej informacji przed poborcami podatkowymi. Wszystko wskazywało na to, że nie były to zarzuty bezpodstawne. Opuścili zatem więzienie.

Przed nim natomiast wkrótce wpadli na Dobrobrodego, ukrywającego się w przebraniu sprzedawcy maści. Jego działania w celu dotarcia do Półniedźwiedzia nie przyniosły jeszcze owoców, ale na przyniesione przez drużynę wieści, zareagował żywo, rad że udało się odnaleźć miejsce ukrycia Klucza. A miejsce to było na północy, za górami, za lasami i jeszcze kawałek dalej, w wieży na wyspie pośrodku jeziora. Jeziora Bez Dna. Ojejku. To brzmiało lepiej niż przebieranie się za żyjące paręset lat temu osoby. W każdym razie stwarzało większą szansę na walkę i skarby. Ponadto Dobrobrody sprezentował im magiczny obrusik, który raz dziennie generował pełnowartościowy posiłek dla całej drużyny (mówiąc w skrócie: Everlasting Provisions). Zagarnęli sanie od namiestnika, dokupili parę potionów i ruszyli w drogę.

Droga zajęła im 10 dni, a minęło to niczym jedna chwila.

I stanęli oto u stóp jeziora (zmrożonego w chwili szczególnie gwałtownej i wysokiej fali - ani chybi jakaś magia lub niezwykle gwałtowna zmiana pogody). Wśród lodowej mgły majaczyła wieża wystająca z pustej, martwej wysepki. Dotarli na nią pieszo, sanie zostawiwszy na brzegu (konia zabrali ze sobą). Nie była to z pewnością wieża obronna, nie miała murów ani bram, kolejne piętra tworzyły rzędy kolumn i arkad, na górę prowadziły spiralne schody, ze szczytu dobiegał świst wiatru i wycie. Rozpoczęli wspinaczkę.

Na trzecim piętrze wychynęło z mroku pięć włochatych postaci - yeti. Była to czwórka "żołnierzy" oraz jeden "wyjec". Walka była ciężka. Zaczęło się od przegranej inicjatywy - przeciwnicy zadziałali pierwsi; obszarowy atak wyjca nie był specjalnie niebezpieczny, ale zaraz po nim każdy z żołnierzy użył swej popisowej (na szczęście spotkaniowej) mocy, która groźnym okrzykiem pozwalała pchnąć postać o trzy pola. Wieża nie miała ścian, a więc takie przepychanki były niezwykle niebezpieczne. A że moc miała pewien obszar rażenia, potrafiła zaszkodzić kilku postaciom na raz. Dość powiedzieć, że już w pierwszej rundzie znaczna część drużyny wbrew swej woli wylądowała piętro niżej (na szczęście miało ono szerszy przekrój), zaś ci, którym udało się uniknąć strącenia, z własnej woli podążyli ich śladem, by nie stawać samotnie przeciw piątce włochaczy. Zaraz jednak znów ruszyli na górę (dwiema drogami, by oskrzydlić wroga). Walkę dodatkowo utrudniało oblodzenie tego piętra, które utrudniało ruch, uniemożliwiając shiftowanie i mocno ograniczając tym samym możliwości taktyczne drużyny. Yeti okazały się wymagającym przeciwnikiem, zadając drużynie srogie rany, głównie przy użyciu swych ataków zasięgowych i obszarowych opartych o moce psychiczne i pioruny. Na pewno nie pomogły też kostki - krasnolud rzucał jedynkę za jedynką, czarodziej nie popisał się ze swą kulą ognia (ale dobre i pół obrażeń), z kolei przeciwnicy wykręcili kilka krytyków, poszło na nich większość dziennych mocy i punktów akcji. W końcu jednak udało się nie zginąć i pozbyć przeciwników. Uff... Ale wyżej chyba już nie wejdziemy tego dnia. Za walkę - nagroda po 350 PD i jeszcze drobny skarb: 1 eliksir leczący oraz kamyk wart 100. Za ukończenie sesji - 62 PD.

Opis sesji u Marko >>>

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Dead Space 2

Gra skończona, 17 godzin na liczniku. Końcówka bardzo intensywna. Zwłaszcza walka z nieśmiertelną maszkarą i potem harce przed Znakiem (choć walk z wizjami nie uważam za mega wspaniały pomysł). A zakończenie z "happy endem". No i do tego wyraźny zwiastun ciągu dalszego po końcowych napisach. Fajnie. Podejrzewam, że już na kolejnej generacji konsol.
Parę uwag: mam wrażenie, że motyw działań w próżni został potraktowany po macoszemu. Ani razu nie rozwijałem zbiornika z tlenem i nawet nie odczuwałem takiej potrzeby. W jedynce pamiętam wiele sytuacji, gdy mi go brakowało. Tutaj zawsze miałem go pod dostatkiem. W ogóle jakieś dłuższe akcje w przestrzeni to były może dwie lub trzy. I nigdy tlen nie stanowił tam problemu.

Rzecz druga: pomysł z wykupowaniem broni w magazynach uważam za chybiony. W Residencie większość można było znaleźć, co pozwalało graczowi bez problemu popróbować tego i owego. Tutaj próbowanie musi polegać albo na zabawie save-try-reload albo oznacza rezygnację z kilku rozwinięć. Zwłaszcza, że większość broni nie zachwyca. Za to węzłów jest pod dostatkiem, by rozwinąć te parę, które się do czegokolwiek nadają.

środa, 30 listopada 2011

Demon's Souls

Zacząłem od odzyskania upuszczonych przy błękitnym smoku dusz, a potem większość czasu spędziłem w świecie drugim i piątym (czy raczej czwartym, bo jeden z kamieni jest zniszczony, więc chyba nie powinienem liczyć do sześciu). Spenetrowałem labirynty lawowych żuków i zebrałem nieco dóbr rozsypanych w przepaści, potem miałem kilka podejść do Flamelurkera. Już mało brakowało, a bym go ubił, ale niestety nie wytrzymałem jego furii. A został taki wąziutki paseczek! Znacznie lepiej było u szkieletów - nazbierałem dusz, parę razy się rozwinąłem, po czym wykosiłem tamtejszego bossa (grubasa olbrzyma, z wbitym w brzuch złamanym ostrzem). Z ciekawych znajdziek wymienię pierścień regenerujący HP (powolna ta regeneracja, ale dobre i to) oraz ognisty miecz +1 (który szybko przerobiłem na +2, na kolejne nie mam kamyków).

Na obrazku: ja bez zbroi (ściągnąłem aby podnieść zwinność przed sekwencją zręcznościową) oglądam pozostałości mojego poprzedniego wcielenia (zginął wskutek upadku).


wtorek, 29 listopada 2011

Dead Space 2

Porzuciłem eksperymenty z uzbrojeniem (ok, nie do końca, przedtem pobiegałem jeszcze z miotaczem ognia - całkiem skuteczny, miłe jest to, że na krótko obezwładnia ofiarę, niemiłe jest to, że trzeba czasu, aby zginęła). No i zrobiłem czwarty krok - acceptance. Wreszcie jestem gotowy. Potem polatałem trochę w kosmosie, przejechałem się koparką, wreszcie odesłałem statek i uciąłem sobie krótką pogawędkę. Niby horror, a na mojej twarzy tkwi szeroki uśmiech. Świetna gra.

poniedziałek, 28 listopada 2011

DnD4 #22 - eladrin czarodziej padł

Krok pierwszy - dostać się do kaplicy. Nie kaplicy właściwie. A może jednak? Wygląda na miniaturę bazyliki. I na pewno nie postawili jej tutejsi wieśniacy. Z czarnego kamienia, kanciasta, bez okien (a raczej z oknami, które są tylko dekoracją, bo wykonano je z litego muru). Do środka prowadzi jedynie furtka w kamiennych wrotach. Zamknięta na trzy spusty. Na szczęście gdzieś tu mieliśmy klucz od wieśniaków.

Krok drugi - oczyścić wnętrze. W czarnym jak smoła mroku (okna nie wpuszczają światła) czają się gotowe do walki szkielety. Dwaj łucznicy (wyposażeni w długie łuki, z których potrafią oddać dwa strzały na turę) i dwaj wojownicy z toporami (nie pamiętam czy miały jakąkolwiek pożyteczną umiejętność - chyba nie udało im się nikogo trafić). W trakcie walki gdzieś zza ołtarza wypełzają jeszcze dwa zielone śluzy. Walka - jak zwykle - toczy się szybko. Gracze strzelają na lewo i prawo dziennymi mocami, wydają punkty akcji, miażdżą siły wroga, nim ci zdołają powiedzieć "przepraszam, czy tu biją?". Biją. Właściwie jedyne poważniejsze zagrożenie zdołał stworzyć jeden ze śluzów, który pochłoną krasnoluda i zaczął go powoli trawić (10 ongoing acid damage, auć). Na szczęście towarzysze pomogli mu się wyswobodzić. 275 PD na głowę, do tego 200 sztuk złota znalezione przy szkieletach.

Krok trzeci - zbadać wnętrze. Za ołtarzem (czy raczej figurą jakiejś wypłakującej sobie oczy niewiasty) kryły się wyłamane drzwi. A za nią schody - w dół i w górę. Najpierw w górę. Prowadziły one na drugą kondygnację, gdzie już kolejna porcja szkieletów czekała by przyjąć łomot swego życia (lub nie-życia). Ta grupa była silniejsza i lepiej wyposażona - dwa szkielety uzbrojone w parę sejmitarów każdy (potrafiły zadawać dwa ataki w walce wręcz), dwa szkielety ogniste (znane już z wcześniejszych potyczek) oraz (gwóźdź programu) szkielet-gigant z wielką maczugą w łapie. Miał wysoką inicjatywę i punkt akcji - i chyba tylko dzięki temu zdołał wyprowadzić całe dwa ataki (nie czyniąc bynajmniej wielkiej szkody drużynie). Bohaterowie, widząc tak jawie ukazanego bossa, rzucili na niego wszystkie pozostałe im moce dzienne nie żałując punktów akcji. Parę udanych rzutów, w tym jeden krytyk - i olbrzym rozsypał się w pierwszej rundzie. Biedny Yorric. Reszta szkieletów próbowała jeszcze kąsać, ale raczej bez przekonania i wkrótce poszła w ślady swego przerośniętego towarzysza. Było wiele radości. 325 PD per capita i jeszcze bogaty skarb: dwa kamyki (każdy wart 100 zł) i 400 zł w monetach.

Krok czwarty - odnaleźć kapłana. Krył się za kolejnymi drzwiami (jeszcze nie sforsowanymi - widać były silniejsze, nawet niziołek i jego zwinne paluszki (tudzież wytryszki) nie dały im rady). Po krótkich negocjacjach otworzył bohaterom (jego komnatka była nieźle zaopatrzoną spiżarnią), nim jednak zdecydował się udać z nimi do Czterech Flaszek, zażądał dokładnego sprawdzenia, czy żadna paskuda nie kryje się już w jego świątyni. Gracze ochoczo na to przystali, chciwi kolejnej porcji pedeków. I skarbów.

Krok piąty - schody w dół. A tam - ciągnące się w różne strony korytarze. Czujny słuch podpowiedział jednak bohaterom, skąd dobiega najwyraźniejsze stukanie kościanych pięt o posadzkę. Tam też poszli. Przywitała ich grupa dwóch boneshardów (rozbryzgujące się w chwili skrwawienia oraz zgonu paskudy) i dwóch szkieletowych halabardników (mieli szersze pole zagrożenia, zadając attack of opportunity w zasięgu 2 pól). Walka zdawała się przebiegać pomyślnie, drużyna eliminowała kolejnych wrogów, gdy (bodaj w trzeciej rundzie) z odnogi wypełzł powolutku Galaretowaty Sześcian - postać bodaj równie charakterystyczna dla dedeków, co Beholder. I pochłonął krasnoluda, zaś chwilę później niziołka. Wtedy zaczęło się robić dramatycznie. Niziołek jakoś zdołał się wykaraskać, ale krasnolud został tak do końca walki (z wnętrza próbując się na zmianę to odgryzać, to leczyć). Sześcian jeszcze trochę pokręcił się, parę razy zaatakował, po czym chapnął czarodzieja (który nieroztropnie zbliżył się do niego bardziej, niż nakazuje rozsądek) i zaryzykował odwrót. Reszta drużyny uwijała się, próbując to atakować, to ratować nawzajem. Czarodziejowi udało się nawet wydostać, ale Pan Galaretka nie daje sobie tak łatwo odjąć jedzenia od ust i pochłonął go ponownie w następnej turze. Koniec końców udało się wreszcie powalić bestię, choć po morderczej walce i odniósłszy wiele ciężkich ran. 300 PD na głowę, cztery kamyki (100 zł każdy) i 200 zł w monetach, do tego wspaniały amulet fałszywego życia +2 (daje tymczasowe HP w razie bloodied, miła rzecz dla lubiących balansować na granicy ryzyka).

Krok szósty - nie zginąć. Ach, byłbym zapomniał - czarodziejowi się nie udało. Przy odliczaniu po walce, okazało się, że brakuje jednego do podziału łupów. No trudno. Może wskrzesi się go przy jakiejś okazji. Jest miesiąc na rozważenie, czy warto. Na razie można załadować go do wora. Byle nie wyciekł - wiecie, ten kwas i w ogóle. Tak nawiasem mówiąc, zabrakło jednej rundy - gdyby nie te dwa czy trzy nieudane ataki łotrzyka i elfa (tzn: gdyby były udane), mogło się, erm... udać. I ktoś by przeżył. Ale nie przeżył. C'est la vie. Albo la mort. Teraz przynajmniej wiemy, jak to smakuje.

Słodko.

piątek, 25 listopada 2011

Dead Space 2

Opuściłem już Ishimurę (choć nie bez przeszkód). Ale wcześniej zebrałem coś koło 16 węzłów i pobawiłem się nieco brońmi. Metodą save-try-reload. Kupowałem, rozwijałem i testowałem na grupie nekromorfów. Chciałem znaleźć jakąś fajną zabawkę jako uzupełnienie mojego dotychczasowego duetu plazma+karabinek. Oto wyniki eksperymentów:
  1. Plasma cutter to jedyna broń, której nie musimy kupować. Pierwsza i, co zaskakujące, chyba najlepsza. Celna, o dużym zasięgu, po rozwinięciu niezwykle sprawnie odcina kończyny szkodników. Można by pewnie obejść się bez jakiejkolwiek innej.
  2. Pulse rifle - bardzo polubiłem ten karabinek. W jedynce był bardzo słaby, tutaj okazuje się niezwykle skuteczny. Warto tylko zainwestować nieco węzłów w rozwój. Celny, szybki, z dużym magazynkiem, w dodatku z granatnikiem jako atakiem alternatywnym. Seria powstrzymuje nawet szarżującego stalkera, świetnie też sprawdza się na bossach. Pojedynczy strzał jest słaby, ale szybkostrzelność to wynagradza. Oczywiście nie wolno zapomnieć o konieczności celowania w kończyny. Dla mnie - broń podstawowa (gdyby tylko tak nie żarł amunicji).
  3. Javelin gun - ciekawy,ale mnie nie przekonał. Podstawowy strzał mało skuteczny nawet po rozwinięciu. Podstawa to strzelić i zaaplikować altfire, który razi prądem. Może się sprawdza w szczególnych sytuacjach (tłum wrogów), ale zbyt to kłopotliwe w codziennym użyciu.
  4. Line gun - używałem go w jedynce. W sumie to taka usprawniona plazma - większe obrażenia, szersze pole ostrzału, ale wolniejsza, co bywa problemem. Altfire to bardzo silna bomba czasowa - ale nekromorfy poruszają się na tyle szybko, że lepiej jej użycie łączyć ze stazą. Szeroki strzał może być miły na tłum, ale broń jest za wolna bym chciał jej używać. Choć może jeszcze dałbym mu szansę (ale jedynie jako wsparcie).
  5. Ripper - bardzo przyjemna broń, która pozwala szybko pokroić na kawałki każdego przeciwnika. Problemem jest oczywiście to, że sztuczka działa jedynie na bliskim zasięgu (choć mamy jeszcze strzał alternatywny - na dalekie dystanse). Biorąc pod uwagę, że większość wrogów dąży do zwarcia, broń sprawdza się nieźle. Ale nie na każdego.
  6. Detonator - jego jedyne zastosowanie to pułapki. Niestety, zabójcze również dla nas, więc trzeba uważać. Myślę, że mógłby być bardzo fajny, gdyż pozwala zdjąć ostatnią minę - można by go zatem używać do osłaniania tyłów, gdy zagłębiamy się w niepewny korytarz. Ciekawe uzupełnienie, ale na razie się nie skuszę. Nie mam aż takiej paranoi, a na nagły atak z tyłu równie skuteczna jest staza (plus karabinek).
  7. Seeker rifle - snajperka. To nie jest broń na tę grę. Nie ma tu za wiele okazji do snajpowania. Ok, siła ognia imponująca, ale zbyt mało jest w grze okazji do zdejmowania wrogów z daleka.
  8. Flame thrower - był bardzo fajny w jedynce i taki jest też tutaj. Grunt to nauczyć się strzelać krótkimi seriami - pokryć wroga ogniem i czekać, aż sam padnie.
  9. Force gun - pamiętam, że używałem go w jedynce, gdzie pełnił rolę shotguna połączonego z granatnikiem. Ale tutaj coś z nim zepsuto. Nawet po maksymalnym rozwinięciu damage, trzeba kilku strzałów aby zabić podstawowego wroga. Coś tu nie tak. Ok, ma wielką siłę powalającą, która obala każdego (w dość szerokim zasięgu), ale dobijać chyba trzeba już z innej broni. Do niczego.
  10. Contact beam - mordercza siła ognia, ale jest wooolny - najpierw trzeba naładować trzymając spust, co nawet po rozwinięciu trwa zbyt długo. Nie nadaje się do szybkich akcji, a gdy mamy dużo czasu równie dobrze możemy sobie pozwolić na kilka strzałów z plazmy. Altfire powala bliskich wrogów, po wymaksowaniu kopiuje właściwość stazy. Ale zbyt nieporęczna to broń, bym jej używał.
No i w sumie nie zmądrzałem za bardzo po tych testach. Nadal plazma + pulse rifle wydają się najlepszym zestawem. Wziąłbym coś do bliskiego zasięgu - tutaj wydają się pasować ripper, flame thrower i force gun. Wziąłem rippera. Dlaczego? Bo działa (goodbye force gun) i jest wydajniejszy od flamethrowera (ma też zasięgowe altfire, które nie wypruwa całego magazynka). Może jeszcze wziąłbym coś na specjalne okazje - tu mógłby mi podpasować line gun z jego bombą lub detonator. Z tego zestawu line gun wydaje się bardziej wszechstronny. No zobaczymy. Na szczęście w dwójce dali możliwość wyciągnięcia użytych węzłów, więc jak zmienię zdanie, to koszt tej zmiany będzie niewielki.

czwartek, 24 listopada 2011

Demon's Souls

Tyle grania pod rząd - to może tylko oznaczać wolny weekend.
Ustrzeliłem dziś (with a little help from my friend) tego smoka, który fruwał nad Boletarian Palace, a potem zginąłem próbując podebrać skarb w jego leżu. Ha! Easy come, easy go, little high, little low, any way the wind blows doesn't really matter to me...

Dead Space 2

Krótka sesja. Dotarłem na Ishimurę. Bardzo fajna lokacja, przywołuje wspomnienia. Idę spać.

środa, 23 listopada 2011

DnD4 #21 - przywieźcie mi dorodnego kapłana

Nim bohaterowie zdążyli odsapnąć po poprzednim queście, dopadł ich gospodarz karczmy U Kaduka i przekazał trzy wieści. Wieść pierwsza - jakiś podejrzany gnom o nich wypytywał, nic więcej o nim nie wiadomo. Gracze wzruszyli ramionami - ok, zechce, to nas znajdzie. Wieść druga to list od namiestnika - oto on. Wieść trzecia, do miasta przybył wczoraj krasnolud Dobrobrody, kompan Półniedźwiedzia. Może was to zainteresuje. Zatrzymał się w Srebrnej.

Gracze udali się tam nie czekając. Lokal był drogi i trwała tam jakaś popijawa bogatych pyszałków, ale przyjmowali każdego, kto płacił złotem. Gracze wydali trochę złotych monet, by spędzić tam nieco czasu. Zaczepili też jakiegoś siedzącego samotnie krasnoluda, ale okazało się, że to nie ten, którego szukali. Ten właściwy pił z jakimś bogato odzianym żukodźwiedziem (a uważna obserwacja zdradziła, że stara się wyglądać na bardziej wesołego niż jest w rzeczywistości). Gracze wyczekali momentu, gdy wyjdzie na zewnątrz i zaczepili go, umawiając się na spotkanie kolejnego dnia.

Kolejnego dnia odwiedzili też Starego Kruka, który dał im medaliony z czerwoną twarzą, jako znak komu służą (wzięli bez przekonania), po czym odesłał do swego sekretarza, który zajmuje się organizacją święta. Ten dał im zadanie przywiezienia kapłana (żukodźwiedzia o imieniu Ślepak) z odległej o trzy dni drogi osady, który ma odprawić ceremonię. Płaci 10 zł za dzień fatygi na głowę, więc gracze tylko zatuptali nogami i zaczęli pakować walizki. Dostaną też konia i sanie. Dobrobrody z kolei, jak się okazało, pija teraz z naczelnikiem więzienia, bo ma zamiar wydobyć z niego Półniedźwiedzia. Który ma być podobno stracony w dniu święta Flaszek, aby uczcić tym uroczystość. Coś tam poopowiadał o ideowych podwalinach swej organizacji, ale ponieważ nie miał argumentu innego niż "to zły władca, więc należy go usunąć", nie przekonał za bardzo graczy do swych racji (wyjątkowi cynicy jak na hack&slasha, oni tu chyba na inną grę przyszli). Nie miał też (jeszcze) dla nich żadnego dobrze płatnego zajęcia.

Można jeszcze wspomnieć po drodze, że spotkali w mieście jakiegoś pijaka, który klął na czym świat stoi, obrzucając obelgami władze świeckie i duchowne, czym wzbudzał jedynie wesołość tłumu. Ta prysła jednak, gdy tylko biedaczek wspomniał coś o czerwonej twarzy, a tłuszcza rozproszyła się szybko. Gracze próbowali jeszcze wykazać się odprowadzając pijaka do domu, ale nie było za to pedeków.

W końcu opuścili miasto. Z medalionem dyndającym na wozie (jakoś nikt się nie odważył założyć go na pierś). Pierwszego dnia minęli patrol hobgoblinów, drugiego dnia wynudzili się nicnierobieniem, trzeciego dnia zostali zaatakowani przez grupę elfów (czterech łuczników i dwóch skautów) wspieranych przez dwa szare wilki. Gracze znów oczywiście roznieśli wrogów na strzępy. Z ciekawostek: mag spróbował nowej mocy, rozwijając mgłę, mającą chronić drużynę. Niestety, źle chyba wybrał jej miejsce, gdyż elfy szybko zbliżyły się i wykorzystały ją same jako osłonę. Znacznie lepiej spisała się nowa moc krasnoluda, który dodał wszystkim +4 do obrażeń na czas tej walki. Potężny bonus. Elfom udało się oddać nieco celnych strzałów (zwłaszcza mag przy tym ucierpiał). Ale i tak skończyło się jak zwykle. 250 PD na głowę. No i niestety żadnych skarbów. Jak widać, nie tylko na trafienie mam niskie rzuty.

W końcu dotarli do wioski, gdzie dowiedzieli się, że kapłan jest zamknięty (za sprawą miejscowych) w kapliczce, którą teraz okupują jakieś straszne potwory. Czas się wziąć do roboty, bo za dużo leniuchowania było ostatnio.

Demon's Souls

Trochę biegania, nieco zgonów, zbieranie dusz tu i tam. Nie ma co się rozpisywać, może poza tym, że gra jest bardzo przyjemna i ma świetną mechanikę walki. Czasem namierzanie szwankuje, ale poza tym jest znakomita i godna naśladowania. Jedyna gra, która oferuje podobny poziom i moglaby sie doczekać równych pochwał, to Batman - ale ta ma kompletnie inne podejście do tematu (choć też realizowane po mistrzowsku).

Dead Space 2

Krótka sesja Dead Space, a zrobione niewiele. Za długa przerwa i pierwsze walki wymagały kilku podejść. W ogóle to zabawna (albo i nie) sprawa - gram w grę od trzech tygodni, a na liczniku mam ledwo 10 godzin. Ok, nie oddaje to w pełni czasu gry (najpewniej nie liczy zgonów), ale i tak nie świadczy najlepiej o moim graniu. Inna sprawa, że w tym czasie zdołałem przejść Resistance 3, pobawić się trochę Demon's Souls i Zeldą, a nawet paroma klikaczami na iPada.

piątek, 18 listopada 2011

The Legend of Zelda: Skyward Sword

Mój nowy zakup.


Zdążyłem pograć niecałą godzinę (i chyba na razie więcej nie będzie, bo chcę skończyć spokojnie Dead Space 2). Na oceny czegokolwiek za wcześnie, bo Zelda, jak to Zelda - rozkręca się powoli. Na razie nawet nie mam miecza, a większość dialogów to instrukcje sterowania.

Co do grafiki: rozdzielczość bije po oczach (tu widać wiek tej konsoli), ale "malarski" styl bardzo mi się podoba. Oglądając screeny, miałem obawy o rozmycie drugiego planu, ale w ruchu widzę, że jest zrobione bardzo fajnie i nie daje wrażenia nieostrości. Zobaczymy jak będzie w dalszych lokacjach.

Bardzo mi się podoba, że Link nauczył się biegać i wspinać, ciekawe co nowego jeszcze potrafi. Brakuje mi za to normalnego sterowania kamerą. Pilot niby daje tam jakieś nowe doznania (nie mam miecza, wiec jeszcze nie wiem jakie), ale zarazem odbiera druga gałkę, czyli pewien stopień swobody. Widać też, że Nintendo od czasów Okaryny nie zmieniło swojego podejścia do gier ani na jotę. Nic ich nie obchodzi gdzie poszedł świat - oni dalej tłuką po swojemu. Niekiedy to dobrze, bo część tych nowoczesnych tendencji jest tragiczna, ale z drugiej strony odczuwam pewne rozrzewnienie połączone z rozbawieniem, gdy widzę dialogi załatwiane przez mimikę i napis poniżej.

Na obrazku: Link odczuwa niepokój przed dzisiejszą uroczystością, w trakcie której ma być pasowany na rycerza.

środa, 16 listopada 2011

DnD4 #20 - polowanie na uszy

Zaczęło się od dokończenia walki z ostatniego tygodnia. Przypominam: zostały z niej dwa demony Evistro i jeden ghoul. Niziołek był mocno osłabiony, ale zdołał wytrwać do swojej akcji i poświęcił ją na leczenie, co prawdopodobnie ocaliło mu skórę. Pozostała część walki potoczyła się już pomyślnie - drużyna uporała się z przeciwnikami i przeszła do grabienia. Choć ghoule ani demony nie miały nic przy sobie, udało się namierzyć kamienną płytę, która skrywała (udany test łotrzyka pozwolił uniknąć śmiertelnych pułapek, jakimi ją zabezpieczono) jakieś truchło, pięć kamyków (wartych 100 zł każdy), hebanową statuetkę (wartą 250), eliksir leczący, 40 sztuk złota luzem oraz magiczny przedmiot: frost spiked chain +2. Sporo znajdziek, choć łańcuch nikomu nie posłuży - pójdzie na przemiał. Aha, wpadło też po 225 PD na głowę za starcie. Nic więcej ciekawego nie znaleźli, zebrali zatem trofea (głowy ghouli i demonów), aby pokazać je Staremu Krukowi w Czterech Flaszkach i zabrali się z powrotem.

Nim dotarli do samotni Goblina, elf wypatrzył oddaloną grupę, która okazała się być grupą orków. Dość liczną, jednak właśnie ulegającą podziałowi - z podpatrywania wynikało, że część zamierza się odłączyć w jakimś nieznanym celu (choć obrany kierunek - chatka Goblina, mógł ten cel sugerować). Drużyna postanowiła zaczekać i pozwolić im zmniejszyć swe siły, po czym zaatakowali. Musieli zetrzeć się z dwoma orczymi berserkerami (uzbrojonymi w ciężkie topory), jednym "raiderem" (co ciekawe, ciskającym toporkami) oraz dzikim dzikiem (direboar). Raider atakował pieszo, bo był za słaby na jakiekolwiek bonusy z tytułu dosiadania swojego dzika. No trudno. Drużynie nie udało się w pełni zaskoczyć przeciwników, ale walka i tak przebiegła dość bezpiecznie. Wszelkie potencjalne niebezpieczeństwa były zażegnywane trafnie wycelowanym leczeniem. Orki przeważnie nie trafiały, dzik przeważnie był unieruchomiony. Aż dziw, że starcie było warte całe 187 PD. Ba, przy zabitych znaleźli 40 sztuk złota i czarną perłę (wartą 500 zł). Nie zapomnieli też o zebraniu uszu.

Krótki odpoczynek i w pogoń za drugą grupą. Pewną przeszkodą okazała się śnieżyca, która rozpętała się ni z tego, ni z owego - była jednak przeszkodą dla obu stron, więc drużyna wkrótce dopadła podróżującą grupę. Stanowiła ją dwójka raiderów z dwoma wilkorami, wspierana przez czworo minionów (uzbrojonych zaledwie w maczugi). Na drodze stanął niewielki (zamarznięty, a jakże) strumyk, który okazał się zgubą dla orków - czwórka, która wpadła na mostek (aby uniknąć stąpania po lodzie) szybko zginęła zdmuchnięta ognistą eksplozją oraz strzałą elfa. Wilki próbowały zaszkodzić magowi, jednak drużyna miała dużo szczęścia i żadnemu z przeciwników nie udało się poważnie im zagrozić. 219 PD. I skarb: thunderburst longbow +2. Co ciekawe, też na przemiał. Elf woli ukraść umagicznienie z łańcucha.

Potem już szybko: odwiedzić Goblina (nadal nie miał im nic sensownego do zaoferowania), potem do miasta (co zaskakujące: bez przeszkód i spotkań), tam do Kruka po zapłatę i nagrodę "za zaliczenie questa" (czy dwóch). Nagroda w pedekach to 100 punktów (dość, by się rozwinąć, oto witamy 6 level), zaś co do pieniędzy... Co do pieniędzy, to namiestnik uznał, że miastu należy się 50% podatku i próbował zapłacić jedynie połowę umówionej kwoty. Krasnolud, dzięki umiejętnościom perswazji, zdołał przekonać go, by ten poszukał jakiegoś prawnego kruczka (pun not intended). Kruk uznał, że przyjęcie obywatelstwa miasta i wzięcie udziału (jako honorowi goście, rzecz jasna) w zbliżającym się święcie Czterech Flaszek oraz rozsławianie jego imienia (znaczy imienia miasta, a nie imienia namiestnika, choć kto go tam wie) umożliwiłoby skorzystanie z niższej stawki podatkowej i gracze otrzymali po 88 sztuk złota i dwa srebrniki na głowę. Oczywiście muszą się liczyć z ewentualnym podatkiem pogłównym (nakładanym rocznie; nawiasem mówiąc, już wiem jak: rada miejska wyznacza wysokość ustalając roczny budżet, a namiestnik ją zatwierdza, podatek jest zbierany z pierwszymi dniami wiosny, więc uważajcie) oraz podatkiem od nieruchomości (o ile jakąś nabędą). Nie zapominajmy też o święcie, moi świeżo upieczeni celebryci.

Potem już tylko zakupy i odprawianie rytuału przeniesienia magii. Niziołek ma wreszcie mieczyk +2 (z halabardy), ranger - długi łuk mrozu (też +2 - z łańcucha), reszta puszczona na Allegro. Każdy już się wystuffował tak niemiłosiernie, że chyba nie znajdę na nich bata (o ile naprawdę dobrze nie poszukam).

Resistance 3

Skończone w coopie. Etap w Nowym Jorku (i później w instalacji Chimer) był ostatnim. Miejscami było ciężko, gdy hordy wrogów sypały się na nas zewsząd, ale wytrwaliśmy bez obniżania poziomu trudności, co w pewnej chwili zaproponowała nam konsola. A rozstrzygnięcie? Nie chcę za bardzo spoilować, więc powiem tylko, że wszystko dobrze się skończyło.
Podsumowanie: całkiem fajna gra. Przede wszystkim: przedstawicielka mojego ulubionego podgatunku gier FPS. Przede wszystkim: singlowe. Żadne tam szturmy czy okopy rodem z CoD. Tak właśnie powinno się robić FPSy: wrogi teren + potwory + postać gracza. Stary, dobry Doom.

Podoba mi się wybór broni, różnorodność miejscówek, setting, walki z bossami, a nawet końcówka, która uciera nosa wyznawcom QTE, pokazując, że da się zrobić widowiskową i dramatyczną akcję bez odbierania graczom swobody kierowania postacią (i zamieniania gry w Wario Ware). Minusy - sporo by się znalazło (o części już pisałem), było trochę wkurzających rzeczy czy chaotycznych akcji, ale nie zamierzam wyszukiwać ich na siłę, skoro generalna ocena jest pozytywna.

Do dwójki nie porównam bo nie grałem (nie pozwalała rozegrać kampanii w coopie, a jedynie jakieś luźne areny). Do jedynki też nie, bo upłynął taki szmat czasu, odkąd w nią grałem, że porównanie nie byłoby rzeczowe.

wtorek, 15 listopada 2011

Dead Space 2

Dziś sesja RPG odwołana (a raczej przełożona), zatem zaaplikowałem sobie solidną porcję Izaaka w kosmosie. Prawdopodobnie połowa gry za mną, bo skończyłem pierwszą płytkę. Znów zaczynam działać zespołowo. Ostatnio bawiłem się lustrami w przestrzeni kosmicznej (przy okazji rozwalając wielką, paskudną purchawę, która tam przysiadła).

poniedziałek, 14 listopada 2011

Dead Space 2

Krótka sesja. Zwiedzam miejsca, które już raz zwiedzałem (ale o innej porze, nieco zdążyły się zmienić). Spotkałem też kolejną żywą osobę (ale chyba nie przypadłem jej do gustu). W końcu dotarłem do żłobka, gdzie znalazłem nowy typ przeciwnika.

niedziela, 13 listopada 2011

Dead Space 2

Kolejna porcja DS2. Tym razem starcie z wielką paskudą, jedno z tych rozgrywanych nietypowo - trochę filmików, trochę szarpaniny, możliwość wycelowania, strzał, kineza, ucieczka, znowu strzał, znowu filmik. DS pokazuje tutaj klasę i daje przykład jak zrealizować tego typu dramatyczne, wyreżyserowane sceny nie zmieniając ich w żałosny spektakl QTE. Choć trochę mashowania buttona zostawiono. Aha, przy okazji - był też nietrudny do przewidzenia twist: zdradziła nas postać, której ufaliśmy (a w każdym razie Izaak zdawał się ufać).